W przypadku spółek z WIG20 atmosfera była tak dobra, iż indeks zyskał 1,67 procent i zakończył dzień na nowych rekordach trendu wzrostowego. W istocie nowe, wielomiesięczne maksima pojawiły się już na otwarciu, które było niczym więcej niż efektem powielenia mocnych zwyżek cen akcji na innych giełdach rozpalonych kompromisem podatkowym w USA. W sumie na świecie drożało dziś właściwie wszystko, co uznaje się teraz za synonim ryzyka a sprzedawano dolara i japońskiego jena – waluty zyskujące, gdy na świecie dominuje niepewność.

Mimo tego optymistycznego obrazu sesję trzeba uzupełnić o przebieg notowań i wielkość obrotu. Z perspektywy finału dnia doskonale widać, iż niemal całość zwyżki indeksu WIG20 przypadła na otwarcie luką. Inaczej mówiąc skokowe podniesienie cen na fali zwyżek na innych rynkach już na otwarciu zapewniło giełdzie wyceny zbliżone do oglądanych na zamknięciu. Proste porównanie zwyżki WIG20 na otwarciu o 36 punktów z zamknięciem zyskiem o 43 punkty doskonale pokazuje, iż notowania sprowadziły się do wzrostu z poranka i kilkugodzinnego dryfu na oswojonych otwarciem rekordach trendu.

Niestety nowym szczytom fali wzrostowej nie towarzyszył godny szacunku obrót. Licznik indeksu pokazał dzisiaj ledwie 425 mln złotych. To niewiele więcej od sesji międzyświątecznych, które oddzielały od pozostałych kilkudniowe przerwy. Inaczej rzecz ujmując aktywność rynku na pierwszej sesji roku była niska a to zmusza do postawienia pytania, czy na GPW ciągle brakowało graczy odpoczywających w ramach świąteczno-noworocznej przerwy, czy też wyjście nad 2600 pkt. gasi zakupowe apetyty. W drugim przypadku byłby to sygnał, iż rynek potrzebuje korekty, by kupujący z większą odwagą angażowali się w obozie popytowym. W sumie nie trudno jest zrozumieć dystans byków, gdy indeks ma za sobą zwyżkę o kilkanaście procent w niespełna dwa miesiące. 

Adam Stańczak