Giełdy w Chinach zaliczyły w poniedziałek spektakularne załamanie, największe od pęknięcia bańki spekulacyjnej w 2015 r.
Strach przed epidemią na chińskim rynku finansowym / DGP
Gdy w ostatnich dniach światowe rynki bardzo nerwowo reagowały na kolejne doniesienia o pandemii koronawirusa, chińskie giełdy były zamknięte, bo od 23 stycznia w Państwie Środka świętowano Nowy Rok Księżycowy. Otwarcie rynków nastąpiło w poniedziałek. Jeszcze zanim do niego doszło, było jasne, że to nie będzie normalna sesja. Nowe informacje o rozprzestrzenianiu się choroby nie są najlepsze, jest już ponad 17,5 tys. zarażonych, ponad 360 osób zmarło. Na świecie narasta poczucie zagrożenia, a ekonomiści zaczynają rachować straty, jakie może ponieść chińska i globalna gospodarka w wyniku pandemii.
To wszystko nie jest dobrym otoczeniem dla handlu akcjami, zwłaszcza po tak długiej przerwie. Już w niedzielę władze spróbowały zatem „ucieczki do przodu”: Ludowy Bank Chin zadeklarował, że jest w stanie wpompować w rynek finansowy 1,2 bln jenów, czyli równowartość 174 mld dol. Chińczycy podkreślali, że płynność sektora bankowego dzięki temu miała być wyższa o 900 mld jenów w porównaniu ze stanem sprzed roku. Wszystko po to, by osłabić uderzenie, jakiego spodziewano się w poniedziałek rano, po otwarciu giełd. Dodatkowa płynność miała być sygnałem, że władze zrobią wszystko, by nie dopuścić do krachu.
Do tego – o czym pisał Reuters – chiński nadzór ograniczył krótką sprzedaż (handel pożyczonymi papierami wartościowymi) i wezwał zarządzających funduszami, by nie sprzedawali akcji, chyba że w wyniku umorzeń jednostek uczestnictwa dokonywanych przez uczestników funduszy.
– To wyraźny sygnał, że władze są zdeterminowane, by utrzymać wzrost i uspokoić rynek. Dobrze zarządzają sytuacją. Nastąpiło to nieco szybciej, niż niektórzy się spodziewali, ale decydenci chcieli wysłać jasny komunikat – komentował działania chińskiego banku centralnego Mayank Mishra, strateg rynkowy w Standard Chartered Bank w Singapurze.
Plan nie do końca się powiódł. Na otwarciu sesji doszło do gwałtownej przeceny, jednej z najbardziej gwałtownych w ostatnich latach. Na giełdach w Szang haju i Shenzhen kursy niemal 90 proc. spółek obniżyły się o dopuszczalny dzienny limit wyznaczony przez krajowy nadzór. Wyjątkami były akcje firm zajmujących się ochroną zdrowia. To wynik spekulacji, że takie przedsiębiorstwa będą beneficjentem rozprzestrzeniania się koronawirusa.
– Niepokoiłem się przed otwarciem rynku, już w piątek zastanawiałem się, co sprzedawać i jak bardzo. Niektóre z moich zleceń nie zostały zrealizowane, zobaczymy, czy uda się jutro (we wtorek) – mówił agencji Bloomberg Bruce Yu, zarządzający funduszem we Franklin Templeton SinoAm Securities Investment Management w Tajpej.
– Najbardziej bałem się, że inwestorzy zaczną wyprzedawać swoje prywatne aktywa z tego, co mają w funduszach. Naszym głównym zadaniem było więc uspokojenie klientów naszych funduszy – mówił Jiang Liangqing, zarządzający z Ruisen Capital Management w Pekinie.
– Co jeszcze można zrobić? Wiedziałem, że rynek będzie „brzydki” w poniedziałek, ale nie spodziewałem się aż tak dużego wahnięcia – mówił Yin Ming, wiceprezes firmy inwestycyjnej Baptized Capital w Szanghaju.
Według Agencji Reutera w ciągu poniedziałkowej sesji z chińskich giełd wyparowało ponad 420 mld dol. Juan stracił wobec dolara ok. 1 proc., przekraczając poziom 7 juanów za 1 dol. Indeks giełdy w Szanghaju spadł o 8 proc., zbliżając się do rocznego minimum. Dopuszczalne limity spadku cen zaliczyły też ceny niektórych towarów.