Od stycznia do listopada 2016 r. z Chin odpłynęło ponad 760 mld dol. kapitału – szacuje Bloomberg. Spowodowało to znaczącą obniżkę wielkości rezerw walutowych. W ubiegłym roku wyniosły 3,01 bln dol. Są najmniejsze od niemal sześciu lat. Można się spodziewać, że Chińczycy pod względem posiadanych rezerw nadal są najwięksi na świecie. Równocześnie jednak ich zasoby obniżyły się do poziomu nienotowanego od pięciu lat.

Dla chińskich władz to spory kłopot. Odpływ kapitału wymusza wykorzystywanie rezerw do przeciwdziałania spadkowi kursu juana. Udaje się to jednak w ograniczonym stopniu. Spadkowy trend juana trwa od trzech lat. Chińska waluta jest obecnie najsłabsza od wiosny 2008 r. Za dolara trzeba było w minionym tygodniu płacić niemal 7 juanów. Niemniej umocnienie juana wobec dolara w końcu minionego tygodnia było największe od wielu lat. Żeby do niego doszło, trzeba było znacząco ograniczyć jej dostępność na rynku – krótkoterminowe stopy procentowe skoczyły do poziomu... 80 proc. Taniejące renminbi – jak brzmi oficjalna nazwa juana – to z jednej strony nic złego: zwiększa konkurencyjność gospodarki mocno nastawionej na eksport. Ale odpływ gotówki stoi w sprzeczności z obecnym celem władz w Pekinie, czyli przestawieniem środka ciężkości ekonomii Państwa Środka na rynek wewnętrzny ze wzrostem konsumpcji i usług na czele.

Zamiast wydawać pieniądze u siebie, Chińczycy szukają możliwości robienia zakupów za granicą – nieruchomości w Singapurze i Zachodnim Wybrzeżu Stanów Zjednoczonych (choć popularne są też kanadyjski Vancouver czy australijskie Sydney albo Melbourne), polis inwestycyjnych czy jakichkolwiek innych aktywów. Może to wynikać z obaw przed dalszą deprecjacją własnej waluty i efektami spowolnienia wzrostu gospodarczego. Może to być również wpływ polityki. Globalnej – Donald Trump, amerykański prezydent elekt, mówi o władzach w Pekinie jako o walutowych manipulatorach. Jakie będą jego działania, a zwłaszcza ich efekty dla kursu juana, trudno dziś przewidzieć. Ale i krajowej – walka z łapówkarstwem w partii komunistycznej powoduje, że kłopoty mają też biznesmeni, którzy korzystali z „usług” skazanych za korupcję. Najbezpieczniej byłoby wytransferować zyski tam, gdzie władza partii nie sięga. A ujmując rzecz najprościej – Chińczycy za bezpieczne inwestycje uznają te, które dokonywane są za granicą.

Oficjalnie każdy Chińczyk może wydać na zagraniczne zakupy równowartość 50 tys. dol. rocznie. Limit odnawia się w styczniu. Efekt: w ubiegłym roku właśnie pierwszy miesiąc przyniósł największy odpływ kapitału z Państwa Środka i rezerwy walutowe kraju zmniejszyły się o prawie 100 mld dol. (to kwota porównywalna z wielkością rezerw Narodowego Banku Polskiego). W tym roku władze chcą uniknąć podobnych problemów i wprowadziły więcej ograniczeń. Limit nie zmienił się, ale chcący z niego skorzystać muszą oświadczyć, że pieniądze nie pójdą na zakup nieruchomości, papierów wartościowych czy inwestycyjnych polis ubezpieczeniowych. Muszą też podać, jakie zagraniczne wydatki planują: przykładowo, czy chodzi o wyprawę biznesową, czy o opłacenie dzieciom nauki w zagranicznych szkołach, czy o leczenie. I zobowiązać się, że transfery nie będą oznaczały prania pieniędzy ani unikania podatków. Limitu zagranicznych przelewów nie można oczywiście nikomu „pożyczyć”. Gdyby ktoś został złapany na podawaniu nieprawdziwych informacji, musi się liczyć z karami: znalezieniem się na czarnej liście regulatora rynku walutowego, utratą na trzy lata możliwości robienia zagranicznych przelewów i postępowaniem w sprawie prania brudnych pieniędzy.

Chiński ustawodawca wziął się nie tylko za osoby fizyczne. Od kilku tygodni pojawiają się informacje o restrykcjach, jakim są poddawane firmy, które chciałyby dokonać inwestycji za granicą. Dokładne badanie mają przechodzić inwestycje o jednostkowej wartości ponad 10 mld dol., czy takie, których wartość przekracza miliard, ale dotyczą np. zakupu firmy prowadzącej działalność spoza podstawowego biznesu chińskiego nabywcy. Uwagę władz przyciągają również inwestycje w spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, mniejszościowe udziały w spółkach giełdowych czy przypadki, w których mała chińska firma kupuje za granicą przedsiębiorstwo o zdecydowanie większej skali działania. A na tym nie koniec – mówi się również o problemach zagranicznych inwestorów w Chinach: obawy dotyczą np. tego, czy da się w łatwy sposób przetransferować stamtąd dywidendy albo jak wyglądałaby sprzedaż inwestycji w Chinach lokalnemu nabywcy (z zagranicznym można porozumieć się tak, że transakcja jest rozliczana poza Państwem Środka).

Skoro władze wprowadzają ograniczenia, to poszukiwane są również sposoby ich obejścia. W przypadku firm mogłoby to być np. przegranie sprawy sądowej z zagranicznym kontrahentem i konieczność wypłacenia mu odszkodowania. Oczywiście – fałszywej sprawy. W zachodniej prasie wiosną ubiegłego roku pisano o próbie skonstruowania arbitrażu, który miałby dać taki efekt. Już wcześniej popularnym sposobem na ominięcie obostrzeń było zawyżanie faktur importowych. Obecnie hitem na uniknięcie kontroli kapitału jest zamiana juanów na pieniądz wirtualny – bitcoin.

To właśnie ze wzmożoną aktywnością obywateli Chin wiązany jest ostatni skok notowań: kurs bitcoinu przekroczył 1,1 tys. dol. Był blisko historycznego rekordu z 2013 r. – choć w drugiej połowie tygodnia zanotował gwałtowny spadek i w piątek wynosił mniej niż 900 dol. – był o ok. 20 proc. mniejszy niż dwa dni wcześniej (co oznacza, że wrócił do poziomu z okresu ostatniego Bożego Narodzenia). Wcześniejsza aprecjacja wirtualnej waluty miała również inne przyczyny, jak problemy z gotówką w Indiach. W przeliczeniu na złote bitcoin był najdroższy w historii, a wartość transakcji – jak wynika z danych serwisu Bitcoinity.org – w ostatnich dwóch tygodniach wyraźnie wzrosła. W grudniu nie przekroczyła jednak 160 mln zł. W czerwca 2016 r. było to ponad 200 mln zł.