Problem frankowiczów stał się w ostatnich miesiącach nie tyle tematem debaty publicznej, ile raczej politycznej połajanki, w której przedmiotem zainteresowania przestał być problem społeczny. Warto przed podjęciem tak ważnej jak ustawa ingerująca w stosunki cywilnoprawne decyzji prawidłowo zdefiniować problem i przyjrzeć się stosowanym w dyskusji argumentom
Do stycznia 2015 r. bank centralny Szwajcarii, w trosce o sferę realnej gospodarki, utrzymywał, w sposób sztuczny, kurs franka szwajcarskiego na poziomie niższym, niż ukształtowałby się on bez skupowania euro przez ten bank. Zapowiedź wprowadzenia od lutego 2015 r. europejskiej wersji „quantitative easing” – finansowania przez Europejski Bank Centralny (ECB) europejskich instytucji finansowych łatwym pieniądzem, czyli zwiększeniem podaży euro – spowodowała odejście od tej polityki i gwałtowny wzrost kursu szwajcarskiej waluty. Jednocześnie aby osłabić spodziewaną aprecjację franka, wprowadzono ujemne stopy procentowe.
Reklama
Dla wszystkich posiadających kredyty hipoteczne we frankach spowodowało to:

Reklama
1) Gwałtowny wzrost wskaźnika LTV (iloraz zadłużenia i wartości nieruchomości); często dług po kilku latach solidnego jego spłacania stał się znacznie większy niż wartość nieruchomości;
2) Umiarkowany wzrost obciążenia spłatą kredytu; z powodu uwzględnienia ujemnych stóp procentowych w rzeczywistości obciążenie dłużników spłatą i obsługą kredytu nadal jest najczęściej mniejsze niż w przypadku analogicznego długu zaciągniętego w złotówkach w tym samym momencie. W rzeczywistości większość osób, które zaciągnęły kredyt we frankach szwajcarskich, nadal płaci niższe raty, aniżeli płaciłyby za kredyt na tę samą kwotę zaciągnięty w polskich złotych.
Neokolonializm czy chciwość
Udzielanie długoterminowych kredytów hipotecznych w innej walucie niż waluta krajowa klientom detalicznym i skutki tego nie są tylko – wbrew twierdzeniom samozwańczych przedstawicieli frankowiczów – problemem wyłącznie krajów nowej Unii. Największy udział kredytów we frankach szwajcarskich w ogólnej wartości kredytów hipotecznych ma Austria, której system bankowy opiera się przede wszystkim na bankach rodzimych. Nie jest to zatem objaw neokolonializmu, lecz znanej nam choroby, jaką jest współczesny kapitalizm, przejawiającej się w nieokiełznanej chciwości połączonej z niechęcią do myślenia w dłuższej perspektywie i odrzuceniem zewnętrznych – w stosunku do racjonalizacji ekonomicznej i prawnej – zasad postępowania, czyli moralności. W Polsce, z powodu przepychanki pomiędzy rządem PO a prezydentem Lechem Kaczyńskim, implementacja dyrektywy MIFID, która ograniczyła w całej Europie możliwość udzielania kredytów walutowych (unhedged retail loans), opóźniła się o kilka lat, co spowodowało niepotrzebne zwiększenie skali problemu.
Gwałtowny wzrost kursu franka (ale też innych walut) w stosunku do złotówki jest źródłem istotnego, niekorzystnego zjawiska społecznego – zniewolenia długiem. Gdy wartość nieruchomości jest istotnie niższa niż dług, nie istnieje możliwość wyzwolenia się z długu hipotecznego przez sprzedaż nieruchomości. Przy jednoczesnym realnym wzroście kosztów obciążenia spłatą i obsługą kredytu może to być przyczyną nie tylko indywidualnych nieszczęść, ale i poważnym problemem społecznym. Zmniejsza mobilność społeczną, wprowadza poczucie zagrożenia w życie wielu tysięcy polskich rodzin. Rozwiązanie tego problemu wymaga ingerencji państwa.
Innym problemem jest stosowanie w przeszłości przez banki klauzul niedozwolonych związanych z przeliczeniem obcej waluty na złotówki przy uruchomieniu kredytu oraz przy spłacie dokonywanej w złotówkach po arbitralnie ustalonym przez bank kursie. Analiza portfeli kredytów walutowych niektórych banków wskazuje na to, że niemal cała ich opłacalność (dla banku mającego siedzibę w Polsce) oparta była na zysku z kursu przeliczania waluty obcej na złotówki. Dochód z tych transakcji, jako osiągnięty w sposób niegodziwy i bezprawny, powinien zostać pokrzywdzonym klientom banków zwrócony. Przywrócenie tej elementarnej sprawiedliwości wymaga działania państwa.
Prawdy, półprawdy i kłamstwa
W dyskursie, a raczej w propagandzie dotyczącej kredytów frankowych obok prawdziwych i uzasadnionych zarzutów pod adresem banków pojawiły się twierdzenia i zarzuty fałszywe, które – pomimo ich falsyfikacji – dalej powtarzane stają się równie – jak same kredyty – toksycznym kłamstwem. Przed przedstawieniem propozycji rozwiązania realnych problemów związanych z długoterminowym zadłużeniem hipotecznym Polaków w walutach zagranicznych dobrze byłoby rozprawić się z kłamstwami i półprawdami głoszonymi na temat banków, a kredytów walutowych w szczególności.
KŁAMSTWO PIERWSZE: Nie było żadnych franków. Banki pożyczały złotówki, nie mając żadnych franków.
prawda: Banki miały zarówno w chwili udzielania kredytów walutowych, jak i dzisiaj długoterminowe pasywa w tychże walutach. Sprawdzenie tej okoliczności jest bardzo łatwe. Wystarczy sięgnąć po publikowane kwartalnie raporty KNF dotyczące stanu sektora bankowego w Polsce. Zawarte tam informacje wyjaśniają to zagadnienie. Co więcej, to były i są realne pieniądze i realne długi banków w Polsce, w tym polskiego PKO BP, wyrażone w tych walutach. Po przewalutowaniu polskie banki pozostaną dłużnikami swoich wierzycieli: spółek matek, posiadaczy obligacji i innych instytucji. Długi te będą musiały być spłacone. Przewalutowanie stanowić będzie zatem wywłaszczenie komercyjnych banków. Banki te pożyczyły (od swoich spółek matek, na rynku od innych instytucji czy swoich klientów) franki, dolary lub euro, które stanowiły bazę dla udzielenia kredytu walutowego. Stanowić to będzie naruszenie Konstytucji RP (możliwe jest wywłaszczenie, ale wyłącznie na cel publiczny i za odszkodowaniem), a w przypadku banków mających akcjonariuszy zagranicznych – także delikt prawa międzynarodowego. Wywłaszczenie nastąpi bowiem na cel prywatny, na rzecz kredytobiorców – frankowiczów. Natomiast odszkodowanie zasądzone przez międzynarodowe trybunały zapłacimy my wszyscy – podatnicy.
KŁAMSTWO DRUGIE: Skoro kredytobiorca nie widział żadnych franków, to nie było żadnych franków i kredyt był udzielony w złotówkach. Dług powinien być zatem wyrażony w złotówkach.
prawda: Twierdzenie to bazuje na ignorancji adresatów tej propagandy. W przypadku umowy kredytu jego kwota przekazywana jest na konkretny cel. W tym przypadku był to zakup mieszkania, budowa domu lub inne rachunki związane z nabyciem, budową lub wykończeniem mieszkania czy domu. Zobowiązania z tych tytułów wyrażone były w złotych polskich. Tym różni się kredyt od pożyczki, w której to pożyczkodawca przekazuje pożyczkobiorcy określoną kwotę (czy to w gotówce, czy przelewem na rachunek), nie pytając o cel. To, że zapłata za rachunki wyrażone w złotówkach szła w ciężar długu wyrażonego we frankach (dolarach, euro, jenach etc.), było i jest całkowicie zgodne z prawem. Podobnie jak w przypadku udzielenia przedsiębiorcy kredytu obrotowego czy inwestycyjnego w złotówkach, przeznaczonego na zapłacenie faktury od zagranicznego dostawcy, wyrażonej we frankach, dolarach czy euro, powoduje powstanie długu złotówkowego, a nie w walucie, w której wyrażone było zobowiązanie określone w fakturze.
KŁAMSTWO TRZECIE: Banki w Polsce nie płacą podatków i przekazują zyski z wyzysku polskich klientów za granicę, do swoich spółek matek.
prawda: Banki (a także SKOK-i) w Polsce płacą podatek CIT w efektywnej stawce, wyższej aniżeli 19 proc., a więc wyższej niż pozostali przedsiębiorcy. Polskie przepisy dotyczące CIT nie pozwalają ujmować w koszty uzyskania przychodu rezerw na kredyty zagrożone czy stracone. W związku z tym koszt tych rezerw nie zmniejsza podstawy do opodatkowania. W przypadku banku zarządzanego do niedawna przez obecnego wicepremiera – Mateusza Morawieckiego (Banku Zachodniego WBK, przyp. red.) rzeczywista stopa opodatkowania CIT wyniosła w 2014 r. (dla skonsolidowanych wielkości) ponad 22 proc. Oczywiście prawdą jest to, że spółki matki banków udzielających kredyty w walutach obcych zarobiły na oprocentowaniu finansowania udzielonego ich polskim spółkom zależnym. Oprocentowanie tych pasywów było przedmiotem kontroli KNF i nie odbiegało istotnie od warunków rynkowych. Wypłaty dywidendy przez polskie banki podlegają kontroli KNF, która od czasu kryzysu zapoczątkowanego w 2008 r. prowadzi bardzo restrykcyjną politykę, co skutkuje – między innymi – bardzo dobrym skapitalizowaniem polskiego sektora bankowego w porównaniu z innymi krajami Europy. Wątpiącym polecam lekturę zarówno raportów KNF, jak i publikacji w międzynarodowej prasie.
KŁAMSTWO CZWARTE: Banki nie sprzedawały kredytów, lecz terminowe kontrakty walutowe, i w związku z tym są beneficjentami wzrostu kursu franka (dolara, euro czy jena).
prawda: Banki sprzedawały kredyty, których nie powinny były sprzedawać. Kredyty obarczone ryzykiem walutowym, które było i jest toksyczne. Powoduje ryzyko po stronie kredytobiorców, które ziściło się z chwilą wzrostu kursu. Ale prawda jest taka: każdy długoterminowy kredyt hipoteczny jest swoistego rodzaju zakładem. Gdyby w Polsce doszło do wzrostu, a nie spadku stóp procentowych, a jednocześnie utrzymała się silna pozycja złotówki (napędzana kupowaniem przez inwestorów międzynarodowych dobrze oprocentowanych polskich papierów wartościowych), dzisiejsi posiadacze kredytów walutowych śmialiby się w kułak z posiadaczy kredytów w złotówkach, a klasa polityczna zastanawiałaby się, jak pomóc polskim kredytobiorcom, którzy „zawarli długoterminowy kontrakt na stopy procentowe”.
Co więcej, jak wskazałem wyżej, banki nie są w żaden sposób beneficjentami wzrostu kursu walut. Wartość złotówkowa ich zobowiązań, które finansują aktywa w walutach, również wzrosła. Dodatkowo wzrost współczynnika LTV powyżej 1 powoduje, że w tej części kredyty te są „niezabezpieczone” i jako takie wymagają wyższego poziomu rezerw, co zwiększa koszty tychże banków. Po prostu chciwość pożera wszystkich, nie tylko jedną stronę.
KŁAMSTWO PIĄTE: Gwałtowny wzrost kursu franka szwajcarskiego był nie do przewidzenia i nie ma precedensu.
prawda: Można było to przewidzieć, a najstarsi bankierzy pamiętają już większe skoki wartości tej waluty i jeszcze niższe niż obecne stopy procentowe. W czasie pierwszego kryzysu naftowego, po wojnie Jom Kippur, napływ petrodolarów do Szwajcarii był tak wielki, że obrona przed wzrostem kursu franka szwajcarskiego spowodowała wprowadzenie ujemnej stopy procentowej nawet na poziomie -5 proc. Ci, którzy 10 lat temu brali kredyty we frankach szwajcarskich, nie tylko polegali na zapewnieniach nieuczciwych sprzedawców kredytów czy na zapewnieniach wszystkich polityków, od prawa do lewa, że polska złotówka może się tylko umacniać. Wielu z nich kupowało dom czy mieszkanie, na które nie było ich po prostu stać. Podejmowali decyzję o inwestycji w nieruchomości, licząc na to, że czynsze (w silnej złotówce) nie tylko pozwolą spłacić kredyt, ale i godziwie zarobić. Była to po prostu spekulacja. Błędna spekulacja po obu stronach tej umowy.
Problem
Problem istnieje. Przed jego rozwiązaniem nie należy uciekać. Co więcej: za jego rozwiązanie powinny zapłacić banki. Te, które kredytów walutowych udzielały, a nie cały sektor. Nie ma żadnego uzasadnienia aksjologicznego obciążanie np. banku Pekao SA kosztami rozwiązania tego problemu. To prawda, że bank ten uzyska w rezultacie lepszą konkurencyjnie pozycję w stosunku do banków, które tego problemu nie mają. Ale jest to efektem nieskorzystania przezeń z łatwego źródła niezbyt czystych dochodów kilka lat temu.
Rozwiązania ustawowe powinny kierować się następującymi zasadami:
1) Przewidywać zwrot niegodziwie osiągniętych przez banki dochodów – w każdym przypadku.
2) W przypadku kredytów zaciągniętych na własne (czy rodziny) potrzeby mieszkaniowe kredytobiorcy zasady ewentualnego uprzywilejowania jego pozycji wobec kredytodawcy powinny abstrahować od waluty udzielonego kredytu i być równe dla wszystkich.
3) Kredyty zaciągnięte w celach inwestycyjnych czy spekulacyjnych powinny być traktowane odmiennie od kredytów zaciągniętych na własne (rodziny) potrzeby mieszkaniowe.
4) Rozwiązanie powinno być zgodne z polską konstytucją i prawem międzynarodowym, tak aby minimalizować ryzyka dla polskich podatników.
5) Systemowe mechanizmy powinny zachęcać banki do zawierania porozumień z klientami zmierzającymi do przekształcenia kredytów walutowych w złotowe.
Ad 1)
Obowiązujące prawo zawiera mechanizmy pozwalające na wymuszenie przez UOKiK obowiązku dokonania zwrotu całej nienależnie pobranej historycznie wartości tzw. spreadów. Klienci banków, którzy zaciągnęli kredyty denominowane w walucie obcej, a udostępniono im kwotę kredytu przeliczoną według kursu banku kredytującego oraz obciążono dokonywaniem spłat kredytu przez wykup walut w banku kredytującym, powinni otrzymać całość dochodu, jaki uzyskały z tego tytułu banki. Był to bowiem dochód uzyskany w sposób niegodziwy. Kwota ta (obliczona we frankach czy innej walucie kredytu, na dzień każdej z płatności) powinna zostać odjęta od zadłużenia, z uwzględnieniem obniżonej podstawy do naliczania odsetek przy każdej z dokonywanych płatności.
Czy jest to operacja skomplikowana? Tak, ale możliwa i od strony matematycznej trywialna. Spowoduje to niewątpliwe obniżenie wartości posiadanych przez banki aktywów w walutach, ale obniżenie tej wartości będzie uzasadnione zwrotem nienależnie uzyskanych korzyści. Niewątpliwie banki, które stosowały szczególnie duże spready, będą dotknięte tym działaniem silniej niż te, które stosowały spready rynkowo uzasadnione.
Ad 2)
Istotnym problemem, dotyczącym nie tylko kredytobiorców zadłużonych w walutach obcych, jest zniewolenie kredytem w przypadku, w którym wartość nieruchomości jest niższa od wartości zadłużenia. Także kredytobiorcy, którzy zaciągnęli kredyty w złotówkach, są pośrednio ofiarami udzielania przez banki kredytów w innych niż złotówka walutach. Banki, ustalając wyższą niż w złotówkach zdolność kredytową klientów kredytów walutowych, zwiększały podaż pieniądza na rynek nieruchomości, powodując inflacyjny wzrost ich cen. W rezultacie wszyscy płacili więcej za mieszkania czy domy. Dlatego zasadne jest to, aby wszyscy kredytobiorcy (nie tylko frankowicze), którzy brali kredyty hipoteczne w celu sfinansowania swoich potrzeb mieszkaniowych, mogli korzystać z ograniczenia odpowiedzialności kredytobiorcy do wartości nieruchomości. Banki bronią się przed takim rozwiązaniem, twierdząc, że jest to „zmiana warunków gry” w jej trakcie i że powinno to dotyczyć tylko nowych kredytów. Wydaje się jednak, że ta decyzja, choć może być dyskutowana co do jej konstytucyjności, znajduje uzasadnienie aksjologiczne, a moim zdaniem także konstytucyjnoprawne. Banki są zobowiązane, aby w ramach oceny ryzyka kredytowego brać pod uwagę możliwość nie tylko zmiany kursów walut, lecz także i cen nieruchomości. Naruszyły ten obowiązek, przyjmując złe standardy oceny ryzyka. Ustawowe ograniczenie odpowiedzialności kredytobiorcy do wartości przedmiotu zabezpieczenia, w przypadku kredytów budowlanych i mieszkaniowych zaciągniętych na własne cele mieszkaniowe kredytobiorcy, mieści się w zakresie dopuszczalnego przez doktrynę prawa konstytucyjnego, bezpośredniego działania normy prawnej na treść trwałego stosunku prawnego. Stanowi też realizowanie przez ustawodawcę normy zawartej w art. 1 konstytucji. Umowa nie jest i nie może być dla ustawodawcy sacrosanctum. Ustawodawca może wpływać na treść trwałych, pochodzących z umowy stosunków prawnych, takich jak stosunek pracy, najem, dzierżawa, a także kredyt, zwłaszcza kredyt udzielany konsumentom.
Ad 3)
W przypadku kredytów zaciągniętych na cele inwestycyjne (czy spekulacyjne, w oczekiwaniu na wzrost cen nieruchomości) ograniczenie odpowiedzialności kredytobiorcy do wartości nieruchomości nie ma jakiegokolwiek sensu. Decyzja inwestycyjna o inwestycji w nieruchomość (kupowaną za złotówki, w Polsce) i finansowanie tego zakupu długiem zaciągniętym we frankach szwajcarskich (czy innej walucie obcej) jest zwykłą decyzją inwestycyjną i powinna być traktowana jako świadomie podjęte ryzyko inwestycyjne. Jedynie udowodnione przestępstwo celowego wprowadzenia w błąd inwestora przez bank (podstęp) mogłoby być przesłanką do odmiennego traktowania takiego inwestora.
Ad 4)
Żadne rozwiązanie problemu ograniczonej grupy społecznej, a taką są frankowicze, nie powinno powodować obciążenia jego skutkami wszystkich obywateli. Ewentualne przewalutowanie kredytów walutowych zgodnie z kursem z dnia udzielenia czy uruchomienia kredytu byłoby wywłaszczeniem banków. Odrębnych podmiotów prawa prowadzonych w formie spółki akcyjnej. Zarówno banki, jak i ich akcjonariusze będą mogli domagać się odszkodowania od Rzeczypospolitej Polskiej, przy czym żądanie takiego odszkodowania może być wniesione nie tylko do sądów polskich, lecz także przed trybunały międzynarodowe. Obciążenie ryzykiem takiej decyzji wszystkich obywateli Rzeczypospolitej, w interesie wąskiej grupy, byłoby praktyczną realizacją maksymy Bogusława Radziwiłła wypowiedzianej wobec Andrzeja Kmicica o Rzeczypospolitej jako postawie sukna.
Niewątpliwie ryzykowne jest też ograniczenie odpowiedzialności kredytobiorców do wartości nieruchomości. Jednak w tym przypadku za dopuszczalnością takiego rozstrzygnięcia przemawiać będzie wiele argumentów: (i) dotyczący naruszenia przez bank obowiązku bezpiecznego zarządzania jego aktywami, co nie powinno obciążać klienta detalicznego, (ii) społeczny – wskazujący na zasadność uwolnienia ze swoistego zniewolenia kredytem dużej grupy społecznej, która w niezawiniony sposób znalazła się w sytuacji, w której sprzedaż ich domu czy mieszkania nie pozwala na uwolnienie się od długu – i (iii) niekwestionowana w teorii prawa konstytucyjnego możliwość ingerencji ustawodawcy w treść trwałych stosunków prawa pochodzących z umowy.
Ad 5)
Wskazane wyżej propozycje powinny zostać uzupełnione przez dodatkowe narzędzia (np. podwyższona waga ryzyka dla kredytów walutowych powodująca zwiększenie tzw. capital charge), które powinny sprzyjać zawieraniu przez banki ugód z kredytobiorcami, także tymi, których kredyty miały na celu finansowanie inwestycji, nie tylko własnych potrzeb mieszkaniowych. W perspektywie dostępność takiego instrumentu jak kredyt hipoteczny w walucie innej niż polski złoty powinna być ograniczona dla osób, których dochody są również denominowane w tej innej walucie.
Wnioski
Uważam, że możliwe i potrzebne jest rozwiązanie ustawowe kryzysowej sytuacji spowodowanej przez udzielanie przez banki bez opamiętania kredytów w walutach obcych finansujących długoterminowe zobowiązania Polaków związane z zakupem czy budową mieszkań i domów.
Rozwiązując ten problem, należy jednak unikać przyjmowania za prawdę populistycznych sloganów, które często nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Co więcej, przyjęte rozwiązania dotyczące zobowiązań długoterminowych, czyli takich, których źródłem są hipoteczne kredyty mieszkaniowe, nie powinny powodować uprzywilejowania „pokrzywdzonych”, którzy w rzeczywistości są nadal „wygrani” w stosunku do kredytobiorców, którzy zaciągnęli kredyty w złotówkach.
Sektor bankowy powinien ponieść konsekwencje swojej dezynwoltury w oferowaniu kredytów wbrew standardom zarządzania ryzykiem banku i ryzykiem klienta, jednak te konsekwencje nie powinny polegać na wywłaszczeniu banków, lecz wyłącznie na zwrocie nienależnych korzyści i przeniesieniu większej części ryzyka na banki. Rzeczpospolita Polska nie powinna występować w roli dobrego wujka rozwiązującego na koszt banku problemy kredytobiorców, którzy zaciągali ryzykowne kredyty dla sfinansowania swoich inwestycji czy nawet spekulacyjnych zakupów nieruchomości.
Prezydent Andrzej Duda oraz Zjednoczona Prawica nie obiecywały w kampanii wyborczej, że będą przekładać cudze pieniądze do kieszeni wybranych czy tych, którzy głośniej krzyczą. Wprost przeciwnie: obiecały przywrócenie elementarnej sprawiedliwości, także w relacjach ekonomicznych. Niektóre propozycje lobby frankowiczów opierają się na marzeniu o starotestamentowym obyczaju roku szabasowego. Roku darowania długów. Problem polega na tym, że realizacja tego marzenia (dlaczego tylko frankowiczów?) spowoduje, że wszyscy zapłacilibyśmy rachunek za spełnienie ich marzeń. Nie miałoby to nic wspólnego ani z prawem, ani ze sprawiedliwością.