Nie chodzi o to, że bankowców nie będzie stać na koniak i cygara, ale – w największym skrócie – o to, że banki nie będą miały dość kapitału, by udzielać kredytów i w ten sposób wspomagać wzrost gospodarczy. Wzrost – czyli to, że możemy coraz więcej zarabiać i coraz więcej kupować. Albo, patrząc od innej strony: oszczędzać i mieć poczucie, że oszczędności są bezpieczne.
Kto ponosi winę za ten czynnik ryzyka? Banki, ale nie tylko one. Mamy dziś kredyty hipoteczne oprocentowane na prawie 10 proc. Ze świecą szukać takich, których na nie stać. Akcja kredytowa stoi właściwie w miejscu, coraz trudniej o nabywców mieszkań. Wyobraźmy sobie, że pojawia się oferta z oprocentowaniem 5–6 proc. Od razu znalazłoby się sporo chętnych, którzy niespecjalnie zastanawialiby się nawet, gdzie jest haczyk.