Oczywiście sukces polskiej gospodarki ma wiele źródeł. Przyczyniła się do niego przede wszystkim przedsiębiorczość i pracowitość Polaków. Wsparła go odpowiednia polityka gospodarcza. Ale bardzo istotnym składnikiem tego sukcesu, bez którego z pewnością nie osiągnęlibyśmy tak znacznego postępu, jest własna waluta.
Złoty wspiera rozwój gospodarczy Polski na kilka sposobów. Po pierwsze, odgrywa rolę stabilizatora koniunktury w okresach globalnych zawirowań. Choć często sukces gospodarczy jest utożsamiany z silnym kursem walutowym, to rzeczywistość jest bardziej złożona. Należy bowiem pamiętać, że zmiany kursu walutowego mają różne skutki dla poszczególnych typów podmiotów gospodarczych. Silny kurs jest korzystny dla firm importujących towary czy półprodukty z zagranicy. Ale w przypadku eksporterów to raczej osłabienie kursu walutowego wpływa pozytywnie na opłacalność ich działalności. Z kolei im większa opłacalność i wolumen eksportu, tym wyższy PKB i aktywność w całej gospodarce. Inaczej mówiąc, osłabienie złotego – które następuje nierzadko właśnie w sytuacji pogorszenia globalnych uwarunkowań gospodarczych – wspiera aktywność w sektorze eksportowym. Dostosowanie kursu walutowego stanowi więc swoistą poduszkę bezpieczeństwa, która zwiększa odporność polskiej gospodarki na zewnętrzne, negatywne szoki.
Znakomitym przykładem działania tego mechanizmu były wydarzenia w okresie światowego kryzysu finansowego sprzed ponad dekady. Upadek amerykańskiego banku Lehman Brothers we wrześniu 2008 r. wraz z paniką na globalnych rynkach finansowych i recesją w głównych gospodarkach doprowadził do odpływu kapitału z wielu gospodarek wschodzących, co przełożyło się na wyraźną deprecjację ich walut, w tym złotego. To z kolei uchroniło nas przed załamaniem eksportu i pozwoliło Polsce – jako jedynemu państwu w UE – utrzymać dodatnią dynamikę PKB w 2009 r. Przypomnę, że PKB Polski wzrósł w 2009 r. o 2,8 proc., podczas gdy średnio w strefie euro aktywność gospodarcza obniżyła się o 4,4 proc., w tym w Niemczech o 5,7 proc.
Reklama
Utrzymanie własnej waluty pozwala na prowadzenie autonomicznej polityki pieniężnej. W danym obszarze walutowym z definicji musi obowiązywać jednolita polityka pieniężna. Tymczasem poszczególne gospodarki wymagają często różnych działań ze strony banku centralnego, co wynika z różnic w strukturze gospodarek, poziomie ich zadłużenia, innej pozycji cyklicznej, czy w ogóle ze zróżnicowanego mechanizmu oddziaływania danego szoku makroekonomicznego na poszczególne gospodarki. Ważne też, by działania w ramach polityki pieniężnej były podejmowane sprawnie i bez zbędnej zwłoki – dokładnie wtedy, gdy dostępne informacje wskazują na potrzebę reakcji banku centralnego. Suwerenny bank centralny jest zatem atutem, ponieważ może precyzyjnie dostosować swoje działania do potrzeb jednej konkretnej gospodarki i jest w stanie to zrobić szybciej niż bank centralny obszaru walutowego, w którym ścierają się interesy i potrzeby różnych krajów.
O tym, jak duże znaczenie ma szybka i adekwatna reakcja polityki pieniężnej na szoki, przekonaliśmy się zwłaszcza po wybuchu pandemii COVID-19. Wówczas w odpowiedzi na gwałtowne pogorszenie perspektyw aktywności gospodarczej na świecie, w tym w Polsce – czemu towarzyszył spadek cen surowców i obniżenie prognoz inflacji – Narodowy Bank Polski jako jeden z pierwszych banków centralnych w Europie rozpoczął luzowanie polityki pieniężnej. Przypomnę, że w 2020 r. NBP trzykrotnie obniżył stopy procentowe, w tym stopę referencyjną z 1,5 proc. do 0,1 proc., a także rozpoczął skup na rynku wtórnym obligacji skarbowych i dłużnych papierów wartościowych gwarantowanych przez Skarb Państwa. Poluzowanie polityki pieniężnej wpłynęło na spadek kosztów finansowania w polskiej gospodarce, w tym na obniżenie oprocentowania kredytów dla gospodarstw domowych i przedsiębiorstw. Jednocześnie działania NBP stworzyły przestrzeń dla koniecznych działań osłonowych dla sektora realnego gospodarki podejmowanych przez politykę fiskalną. Oddziaływało to w kierunku ograniczenia negatywnych skutków pandemii dla polskiej gospodarki i przyczyniło się do szybkiego powrotu na ścieżkę wzrostu. Dzięki temu w 2020 r. skala spadku realnego PKB w Polsce (-2,2 proc.) była niemal trzykrotnie mniejsza niż średnio w strefie euro (-6,3 proc.). Co więcej, dzięki dynamicznej odbudowie aktywności w I kw. 2022 r. PKB Polski był już o ponad 8 proc. wyższy niż bezpośrednio przed wybuchem pandemii, podczas gdy część gospodarek europejskich, w tym Niemcy, nadal nie odrobiły jeszcze pandemicznych strat.

Reklama
Własna waluta i polityka pieniężna działają zatem jak swoiste tarcze, które chronią gospodarkę przed negatywnymi skutkami globalnych szoków. Natomiast euro na pewno taką tarczą nie jest. Patrząc na fundamentalną słabość niektórych państw strefy euro, a nawet problemy niektórych z nich z wypłacalnością, coraz bardziej wątpliwa staje się także argumentacja, jakoby wspólna waluta zapewniała stabilność i bezpieczeństwo gospodarki. Jednocześnie wspólna polityka pieniężna wydaje się generować istotne koszty, co w znacznej mierze wynika z silnego zróżnicowania pomiędzy poszczególnymi gospodarkami tego obszaru walutowego i nieadekwatności jednolitej polityki pieniężnej dla wszystkich krajów strefy. Przykładowo stopa bezrobocia w Hiszpanii (12,6 proc. w czerwcu br.) jest o ok. 10 pkt proc. wyższa niż w Niemczech (2,8 proc.). Istotnie różnice dotyczą także skali i kosztów obsługi zadłużenia poszczególnych państw. Na przykład zadłużenie sektora finansów publicznych Włoch w 2021 r. wyniosło 150,8 proc. PKB, a Niemiec 69,3 proc. PKB, czyli ponad dwa razy mniej. Jednocześnie rentowność 10-letnich obligacji skarbowych we Włoszech (3,24 proc. średnio w lipcu br.) jest systematycznie wyraźnie wyższa niż w Niemczech (1,14 proc.). Dziś między gospodarkami strefy euro widać także wyraźnie różnice w zakresie kluczowej zmiennej dla banku centralnego, czyli inflacji. Globalny wzrost inflacji dotyka co prawda większość krajów tej strefy, jednak szybko rozwijające się gospodarki państw Europy Środkowo-Wschodniej, które przyjęły euro, doświadczają wyraźnie wyższej dynamiki cen. Na przykład w państwach bałtyckich inflacja przekracza obecnie 20 proc., w tym w Estonii sięga 22,7 proc., podczas gdy we Francji (6,8 proc.) czy na Malcie (6,5 proc.) inflacja jest około trzykrotnie niższa. Zarówno średnio w strefie euro, jak i w każdym z krajów tego obszaru walutowego inflacja jest obecnie wyraźnie wyższa od celu EBC, który wynosi 2 proc. Ale obawy o kondycję makroekonomiczną i fiskalną państw południa Europy ograniczają możliwości działania wspólnej polityki pieniężnej. W efekcie EBC zareagował na przyspieszenie wzrostu cen później niż wiele innych banków centralnych, dopiero w lipcu dokonując pierwszej podwyżki stóp. Warto przy tym pamiętać, że po tej podwyżce stopa depozytowa EBC wynosi zaledwie 0 proc., bo wcześniej przez osiem lat była ujemna. W tym samym miesiącu NBP podniósł stopy już po raz 10. w obecnym cyklu zacieśniania, w tym stopę referencyjną do poziomu 6,5 proc. Takie działanie – tj. stopniowy, ale wyraźny wzrost stóp procentowych – jest bowiem konieczne dla zapewnienia średniookresowej stabilności cen w polskiej gospodarce. Natomiast polityka EBC – która raczej nie uległaby zmianie po przyjęciu przez Polskę wspólnej waluty – byłaby nieodpowiednia z punktu widzenia potrzeb polskiej gospodarki.
Przynależność do strefy euro pozbawiłaby więc polską gospodarkę dwóch istotnych mechanizmów łagodzących coraz częściej występujące silne szoki zewnętrzne. Nie zapewniłaby też automatycznie – jak się czasem uważa – stabilności i poprawy warunków życia. Przyjęcie do strefy euro nie jest przecież gwarantem gospodarczego sukcesu i nie zapewnia automatycznie szybkiego wzrostu PKB. Widać to zresztą wyraźnie, gdy porównuje się tempo wzrostu realnego PKB w okresie ostatnich dwóch dekad: gospodarki należące obecnie do strefy euro rosły w tym okresie średnio niemal dwa razy wolniej niż cała grupa krajów OECD (22 proc. wobec 41 proc.), wyprzedzając pod tym względem jedynie zmagającą się ze stagnacją Japonię (wzrost o 11 proc.). Oczywiście nie sposób wskazać jednego czynnika, który odpowiada za relatywnie wolne tempo rozwoju strefy euro. Ale dla części gospodarek tej strefy z pewnością jedną z dotkliwych konsekwencji przyjęcia wspólnej waluty była utrata konkurencyjności. Wystarczy spojrzeć na Włochy i Grecję. Kraje te wciąż nie odrobiły strat po głębokiej recesji związanej z kryzysem zadłużeniowym sprzed dekady.
Oczywiście w tym kontekście winę za słabe wyniki gospodarcze tych krajów często zrzuca się na brak utrzymywania przez nie wewnętrznej dyscypliny finansowej. Faktem jest, że ten element stanowi warunek sine qua non efektywnego funkcjonowania w obszarze wspólnej waluty. Ale nie jest to warunek wystarczający, którego wypełnienie gwarantuje gospodarkom dodatni bilans korzyści i kosztów z przynależności do strefy euro. Negatywne szoki, które uderzają w gospodarki, nie zawsze mają bowiem wewnętrzne źródła. Mogą one także przychodzić z zewnątrz, czego zresztą ostatnio dotkliwie doświadczamy w postaci szoków związanych z pandemią czy rosyjską agresją zbrojną przeciw Ukrainie. Dostosowanie gospodarki do takich szoków może następować w dwojaki sposób: poprzez dostosowanie po stronie nominalnej, czyli w szczególności poprzez deprecjację nominalnego kursu walutowego, lub realnej, która przejawia się spadkiem aktywności gospodarczej. Niestety ten drugi sposób jest nie tylko zdecydowanie bardziej bolesny społecznie – choćby dlatego, że często wiąże się ze wzrostem bezrobocia – lecz także generuje wyższe koszty ekonomiczne, przez co proces konwergencji przebiega wyraźnie wolniej.
Wracając do Włoch i Grecji – gdyby posiadały one własne waluty i zadłużenie w tych walutach, naturalną reakcją rynkową na kryzys zadłużeniowy byłaby deprecjacja kursu tych walut, która stanowiłaby pozytywny impuls dla konkurencyjności. Oddziaływałaby ona także w kierunku szybszego wzrostu cen, co – przy ograniczonym ryzyku utrwalenia się podwyższonej inflacji w warunkach osłabionego wzrostu gospodarczego – ograniczałoby realny ciężar zadłużenia tych gospodarek. Jednak ze względu na przynależność do strefy euro ten mechanizm nie mógł zadziałać. W efekcie dostosowanie nastąpiło w bardziej bolesny sposób: poprzez spadek PKB i wzrost bezrobocia. Grecja dodatkowo zmagała się z deflacją. W takich uwarunkowaniach wyjście z pułapki zadłużenia stało się niemożliwe, a gospodarki Włoch i Grecji znalazły się w długotrwałej stagnacji: PKB tych krajów nie jest dziś istotnie wyższy niż na początku stulecia.
Euro nie zapewniło więc tym gospodarkom szybkiego rozwoju, a ich obywatelom – poprawy warunków życia. My natomiast – dysponując własną walutą – z powodzeniem zrealizowaliśmy te cele. W tym kontekście warto pamiętać, że sukces gospodarczy Polski wzmacnia także naszą pozycję na arenie międzynarodowej. Znaczenie i siła polityczna państwa nie opiera się bowiem na uczestnictwie w takim lub innym gremium, ale przede wszystkim na ich sile gospodarczej. Sile, którą wspiera posiadanie własnej waluty.
Krótko mówiąc, rezygnacja z własnej waluty w obecnych uwarunkowaniach byłaby dla Polski ogromnym i kosztownym błędem. Interesy polskiej gospodarki byłyby bowiem często odmienne od potrzeb największych gospodarek europejskich i w efekcie wspólna waluta i polityka pieniężna nie odpowiadałyby na polskie potrzeby. Tego problemu nie rozwiązałaby także integracja fiskalna. Różnic strukturalnych dzielących gospodarki nie da się momentalnie zasypać działaniami fiskalnymi. Konwergencja gospodarcza wymaga bowiem czasu i nie ma tu bezpiecznej drogi na skróty. Dlatego w najlepiej pojętym interesie Polski i Polaków jest wspieranie doganiania przez naszą gospodarkę krok po kroku bogatszych krajów Zachodu. W ostatnich latach przegoniliśmy już np. Portugalię, w bezpośrednim zasięgu mamy Hiszpanię (w ujęciu PKB per capita według standardu siły nabywczej Eurostat). Ale zamknięcie luki wobec najbogatszych krajów UE – w szczególności wobec Niemiec – będzie wymagało jeszcze czasu i wysiłków. Dlatego nie możemy teraz zrezygnować z ważnego atutu, który wesprze polską gospodarkę na tej drodze, czyli naszej własnej, polskiej waluty.