Grecja – lepiej być poza pociągiem niż pod nim

Największą lekcją, którą w perspektywie członkostwa Polski można wyciągnąć z kryzysu w Grecji, jest konieczność koncentracji na ekonomicznych aspektach członkostwa. Nie należy więc słuchać polityków i ekspertów (przeważnie politologów i specjalistów od stosunków międzynarodowych), którzy mówią o tym, że odjeżdża jakiś pociąg, do którego już teraz koniecznie trzeba wsiadać. Trzeba pamiętać, że sformułowania o historycznej szansie i dziejowej konieczności wypowiadano także w Grecji przed akcesją do strefy euro. Tymczasem okazało się, że niezależnie od uwarunkowań politycznych wspólna waluta z czasem bezlitośnie obnaża słabości gospodarek. Wchodzenie do strefy euro z masą niezałatwionych problemów to ekonomiczne samobójstwo.

Irlandia – elastyczni zawsze na cztery łapy

Przykład Irlandii pozwala oświetlić powyższy problem od drugiej strony. Jak wiadomo w wyniku pęknięcia bańki spekulacyjnej na rynku nieruchomości i w sektorze finansowym w ogóle, doszło tam do gwałtownego załamania gospodarczego. Dług publiczny zaś wzrósł w latach 2008-2012 z 25% do 106% PKB. Mimo tego, że rozmiar gospodarczych nierównowag, które obnażył i skorygował kryzys, był w Irlandii największy spośród wszystkich krajów strefy euro, Zielona Wyspa przeszła przez zawieruchę relatywnie gładko. Głęboka recesja miała miejsce tylko w latach 2009-2010, od roku spada bezrobocie, które, inaczej niż na południu, nie przekroczyło nawet 15%.

Warto oczywiście zastanawiać się, jak zapobiec temu, żeby niskie stopy procentowe panujące we wspólnym obszarze walutowym dzięki wysokim oszczędnościom Północy, nie prowokowały baniek spekulacyjnych. Niemniej ważne jednak jest, by być przygotowanym nawet na najczarniejszy scenariusz. Strategią, która sprawdziła się w Irlandii było połączenie elastyczności z silnymi instytucjami gospodarki rynkowej. Przed kryzysem Zielona Wyspa zajmowała czwarte miejsce w rankingu wolności gospodarczej Heritage Foundation, nadal jest też w czołówce rankingu Doing Business przygotowywanego przez Bank Światowy. Dzięki z jednej strony sprawnie funkcjonującym procedurom bankructwa i łatwości zwalniania pracowników oraz z drugiej strony przyjaznym dla zakładania nowych przedsiębiorstw otoczeniu, gospodarka szybko dostosowała się do nowych warunków.

Słowacja i Słowenia – potrzebny bufor bezpieczeństwa

Ważna lekcja dla Polski płynie również z doświadczeń ze wspólną walutą, które mają kraje będące przed laty po tej samej stronie żelaznej kurtyny. Jak na razie spośród krajów „demokracji ludowej”, wyłączywszy NRD w 1990 roku wchłonięte przez Niemcy Zachodnie, do strefy euro przystąpiły Słowenia (2007), Słowacja (2009) i Estonia (2011). Mimo tego, że kryterium z Maastricht przewiduje maksymalny poziom długu do PKB poniżej 60%, wszystkie trzy kraje w momencie przystąpienia do strefy miały o wiele niższe zadłużenie. Estonia jest tu ekstremalnym przypadkiem, gdyż dług publiczny na koniec 2010 roku wynosił zaledwie 7,2% PKB. Jednak także Słowenia i Słowacja były bardzo daleko od oficjalnego limitu – ich zadłużenie nie przekraczało 30% PKB.

Doświadczenie tych dwóch krajów jest o tyle ważne, że przystąpiły do unii walutowej tuż przed (Słowenia) lub w trakcie (Słowacja) kryzysu. Wskutek recesji ich dług podskoczył znacznie powyżej 40% PKB, wzrosły też przejściowo koszty jego obsługi. W przypadku Słowenii mówiło się nawet o udzieleniu przez UE pomocy. Na szczęście wydaje się, że do tego nie dojdzie. Gdyby jednak oba te kraje do kryteriów z Maastricht podeszły czysto formalnie i weszły do strefy euro z długiem do PKB na poziomie 55%, byłyby już dawno podłączone do unijnej kroplówki. Warto wziąć to pod uwagę i przed przyjęciem przez nasz kraj wspólnej waluty znacząco obniżyć dług publiczny.

Maciej Bitner