Mario Draghi był przez osiem lat swojej kadencji na stanowisku szefa Europejskiego Banku Centralnego najważniejszym człowiekiem w strefie euro. Zupełnie możliwe, że bez niego dziś już by tej strefy nie było.
Reklama
Gdyby miał być zapamiętany ze względu na jedno tylko wydarzenie, to z pewnością byłoby to jego przemówienie z Londynu w lipcu 2012 r., kiedy padły słowa o tym, że EBC zrobi absolutnie wszystko, co będzie trzeba, aby uratować strefę euro przed rozpadem i że z pewnością mu się to uda. Draghi powiedział to w czasie, gdy Grecja była bankrutem, a w Europie popularnością cieszył się pogląd, że lepiej byłoby, gdyby opuściła strefę euro, bo sobie w niej nie radzi. Nikt nie wiedział, w jaki sposób można zmusić Grecję do wyjścia z euro, ewentualnie jak ją stamtąd wyrzucić. Mimo to zwolennicy tej tezy twierdzili, że jest ona pożyteczna, bo strasząc nią Greków, można ich łatwiej przymusić do wdrożenia reform we własnym kraju.
Z drugiej strony rozpowszechnianie tych poglądów przez ważnych polityków z niemieckim ministrem finansów na czele powodowało wzrost nerwowości na rynkach finansowych, potęgowało ucieczkę kapitału z Grecji, czyli dodatkowo napędzało kryzys. Dziś istnieje wiele analiz mówiących o tym, że kryzys w strefie euro w latach 2011–2012 był tak głęboki nie dlatego, że inwestorzy wystraszyli się nadmiernego zadłużenia (dziś jest ono tak samo wysokie, a kryzysu nie ma), ale dlatego, że przerazili się, że po wyrzuceniu Grecji znajdą się kolejne państwa chcące wyjść z euro i w efekcie cała strefa się rozpadnie, co oznaczałoby, że obligacje denominowane w euro za chwilę będą obligacjami w drachmach, lirach, pesetach itd.
Chociaż nie było drogi prawnej, która prowadziłaby do wyjścia z eurolandu, Grecja mogłaby zostać zmuszona do faktycznego jego opuszczenia, gdyby tylko EBC odciął ją od systemu finansowego strefy. Wtedy rząd w Atenach miałby do wyboru albo obserwować kompletne załamanie się gospodarki państwa, albo powrócić do pieniądza drukowanego w kraju, czyli do drachmy, i na pewno wybrałby to drugie. Los Grecji w strefie euro i co za tym idzie, całej strefy leżał wtedy w rękach Mario Draghiego. Jego stanowcza deklaracja o tym, że strefa euro przetrwa, natychmiast usunęła z rynków wątpliwości i w efekcie kryzys minął. A euro zostało uratowane.

Reklama
Draghi tłumaczył potem, że nawet nie do końca chodziło mu o samą Grecję. Ważniejsze było to, że gdyby upadł dogmat o nieodwracalności euro, to sama waluta stałaby się mniej stabilna. A przecież najważniejszym obowiązkiem EBC jest dbanie o stabilność waluty. Draghi nie mógł więc pozwolić, by ktokolwiek opuścił strefę euro. I to mu się udało.
Draghi był pierwszym prezesem EBC, który ani razu nie podniósł stóp procentowych. Rok temu wydawało się, że ma taki zamiar, ale powrót spowolnienia gospodarczego spowodował, że zasadniczo zmienił zdanie, co swoją drogą dobrze ilustruje jego elastyczność, a jednocześnie odwagę. Pokazał ją zresztą już na samym początku kadencji, kiedy przekonał Radę Gubernatorów w EBC do obniżki stóp procentowych już trzeciego dnia swojego urzędowania. To nie musiało być łatwe, bo ci sami ludzie pod przewodnictwem poprzedniego prezesa Jean-Claude’a Tricheta w 2011 r. dwa razy podnosili stopy procentowe, przyczyniając się do pogłębienia recesji w strefie euro. Draghi przekonał ich, że trzeba zmienić kurs o 180 stopni i zrobił to skutecznie w ciągu kilkudziesięciu godzin.
A potem bronił tego kursu, pokonując opozycję głównie ze strony Niemców, przekonując większość członków Rady Prezesów EBC, że warto obniżyć stopy procentowe najpierw do zera, a potem nawet poniżej, że warto obniżyć także stopy długoterminowe, skupując z rynku obligacje rządowe, że warto udostępniać bankom tyle pieniędzy, ile chcą praktycznie za darmo po to, aby miały większą odwagę w udzielaniu kredytów, które mają rozruszać gospodarkę.
I nawet przez pewien czas, w 2017 r., wydawało się, że faktycznie ją rozruszał. Potem przyszedł Donald Trump ze swoimi wojnami handlowymi i ożywienie gospodarcze zniknęło, a dziś najważniejsze cele polityki pieniężnej ECB pozostają niezrealizowane. W tym kontekście Draghi przegrał. Chociaż na swoją obronę ma to, o czym mówi od lat: że nie da się skutecznie ożywić gospodarki tylko za pomocą polityki pieniężnej i że konieczna do tego jest też odpowiednio łagodna polityka fiskalna (której strefa euro nie posiada, bo o swoich budżetach decydują poszczególne kraje).
Bilans Mario Draghiego jest dziś jasny i klarowny: to człowiek, który najpierw uratował strefę euro, ale potem, pomimo starań, nie dał rady do końca jej uzdrowić.