Gdy NBP próbuje wyhamować kredyty, rząd wciska wydatkowy gaz do dechy. To destrukcyjna i szkodliwa kombinacja w polityce gospodarczej. Zwłaszcza że przed nami serpentyny i śliska nawierzchnia. Na kolejnym dużym zakręcie gospodarka może wylecieć z drogi jak turecki wóz.

NBP za późno zaczął hamowanie, a przecież im wcześniej się hamuje, tym łatwiej bez poślizgu zatrzymać rozpędzony pojazd. Kiedy zbliża się ściana, trzeba hamować gwałtowniej. Niestety teraz nie ma wyjścia. A nie dość, że mamy opóźnienie, to jeszcze rząd podkłada cegły pod hamulec banku centralnego, wprowadzając wakacje kredytowe.
W gospodarce krąży ponad 170 mld zł pustego pieniądza, który nie ma pokrycia w możliwościach wytwórczych polskich przedsiębiorstw czy nawet w możliwościach importowych, co jest skutkiem zerwanych łańcuchów dostaw. O zerwanych łańcuchach dostaw powstały już książki, wiemy o nich od kilku lat, a mimo to rząd dalej stymuluje popyt na potęgę.
Pusty pieniądz krąży po gospodarce, napędzając inflację, która odkłada się w „pustych” tymczasowych dochodach budżetowych, a te są znowu wpompowywane w gospodarkę w postaci trzynastki i czternastki,, tarczy inflacyjnej i innych wydatków bieżących. I tak spirala pustego pieniądza poprzez kanał budżetowego rozdawnictwa krąży i napędza inflację do czerwoności. Widać to ewidentnie w odczytach inflacji bazowej, a więc inflacji po oczyszczeniu z wpływu cen żywności i energii, która w Polsce w maju przekroczyła według metodologii unijnej 9 proc., przy średniej dla UE na poziomie 4,5 proc.
Ta kombinacja gazowania i hamowania jest tym bardziej szkodliwa, że transfery bieżące z budżetu są w większości wydatkowane na bieżącą konsumpcję, podbijają popyt i w efekcie inflację. A wzrost stóp procentowych oprócz schłodzenia konsumpcji chłodzi też inwestycje, które są już na dnie. Inwestycje, zamiast 25 proc. PKB, jak zapowiedział Mateusz Morawiecki w swoim nieco zapomnianym już planie, wynoszą zaledwie 16 proc. PKB. Wydatki inwestycyjne są mniej proinflacyjne, gdyż zwiększają też moce wytwórcze (w tym sensie działają nawet w dłuższej perspektywie deflacyjnie). Zamiast sprzyjać inwestowaniu w maszyny, rząd pompuje popyt na produkty, które te maszyny miałyby wytworzyć. Ale tych maszyn nie ma, więc ceny idą w górę.
W latach 70. też byli „doradcy”, którzy namawiali do wciskania wydatkowego gazu do dechy, gdy szalała inflacja. W Polsce takie głosy są w mniejszości, ale niestety znajdują posłuch w rządzie. Według Panelu Ekonomistów Polskich tylko 1 z 20 ekonomistów zgodził się z tezą, że „luzowanie polityki fiskalnej i lekkie zacieśnianie polityki pieniężnej daje Polsce najkorzystniejszy obecnie możliwy policy mix”, z kolei w badaniu Europejskiego Kongresu Finansowego „zdecydowana większość ankietowanych specjalistów wskazała na niespójność ekspansywnej polityki fiskalnej z zacieśnianą polityką monetarną i wskazała na konieczność zacieśniania każdej z nich, aby skutecznie walczyć z inflacją”.
Skutki błędnej polityki monetarnej i fiskalnej rzadko są widoczne od razu. Często przychodzą z opóźnieniem, a po drodze mogą być maskowane przez inne czynniki. W istocie jednak efekty wcześniejszych błędów były już widoczne na początku 2020 r., czyli jeszcze przed pandemią i lockdownami, gdy inflacja zaczęła przekraczać górne odchylenie od celu inflacyjnego.
Obecny kilkunastoprocentowy wzrost ogólnego poziomu cen ma swoje źródła w czynnikach monetarnych i fiskalnych. Odpowiada zań z jednej strony skup obligacji skarbowych i gwarantowanych przez Skarb Państwa o wartości ponad 140 mld zł wraz z wpłatami księgowego zysku NBP w kwocie ponad 27 mld zł w ostatnich trzech latach w połączeniu z polityką zbyt niskich stóp procentowych, a z drugiej niekończące się zrzucanie pieniędzy z helikoptera przez rząd w ramach kolejnych tarcz, najpierw przedsiębiorcom, by zrównoważyć im straty wywołane lockdownami, a teraz wszystkim bez wyjątku, by skompensować rosnące ceny żywności i energii. Jak jednak zauważyli nawet ekonomiści kontrolowanego przez państwo banku Pekao SA, „cięcia podatków zwiększają stymulacyjny charakter polityki fiskalnej i podnoszą ścieżkę inflacji w średnim okresie”.
Choć Rada Polityki Pieniężnej rozpoczęła w październiku ub.r. zacieśnianie polityki pieniężnej, podnosząc stopę referencyjną dziesięć razy, łącznie o 6,4 pkt proc., to trudno nazwać ją polityką restrykcyjną. Zarówno w tym, jak i w przyszłym roku średnia inflacja ma być według najnowszej projekcji dwucyfrowa. Oznacza to, że realna (pomniejszona o inflację) stopa procentowa banku centralnego wciąż pozostaje silnie ujemna. Stopy procentowe banku centralnego determinują oprocentowanie depozytów ludności, a kiedy to jest silnie ujemne, ludzie zamiast oszczędzać, wolą konsumować, podbijając bieżącą inflację.
Ale są też, jak wskazaliśmy, czynniki fiskalne. Gdy inne kraje Unii Europejskiej starają się poprawiać saldo finansów publicznych, Polska planuje w tym roku zwiększyć deficyt w stosunku do gospodarki silniej niż jakiekolwiek inne państwo członkowskie. Jeśli porównamy wzrost nominalnych bieżących wydatków państwa (bez inwestycji), okaże się, że w tym i przyszłym roku wzrosną one łącznie o ponad 22 proc., tj. ponad 220 mld zł - tu również zajmujemy pierwsze miejsce w UE (średnia unijna to tylko 4,5 proc.). Nie powinno to być jednak powodem do dumy, tak jak powodem do dumy nie jest najwyższa skumulowana inflacja od końca 2019 r. czy najwyższa prognozowana inflacja na przyszły rok.
Obecna polityka fiskalna jest silnie proinflacyjna, osłabiając efekty podwyżek stóp przez RPP i wymuszając na niej dalsze zacieśnianie, jeśli inflacja ma wreszcie zacząć spadać. Zauważył to nawet prezes Adam Glapiński, który podczas majowej konferencji powiedział: „My wysuszamy gospodarkę z pieniędzy, a druga strona Świętokrzyskiej [Ministerstwo Finansów] wylewa dużo pieniędzy do gospodarki. To jest oczywiście tak, że im więcej oni wylewają, tym my musimy mocniej zaciskać”.
Nie wystarczy wskazać na kilka pozornych korelacji bez przedstawiania związków przyczynowo-skutkowych, by dowieść tezy przeciwnej. Bieżące zmiany agregatów pieniężnych mogą być ujemnie skorelowane ze zmianami poziomu cen, ale kiedy przesuniemy je o kilkanaście miesięcy wstecz, by uwzględnić opóźnienia, o których mówią chyba wszystkie podręczniki do makroekonomii, okaże się nagle, że korelacja jest dodatnia. Zgodnie zresztą z tym, czego należałoby się spodziewać w gospodarce, w której działają prawa popytu i podaży.
Krąży nad nami widmo stagflacji. Przy kilkunastoprocentowej inflacji grozi nam silne spowolnienie, a być może nawet recesja. Próby zasypywania złej sytuacji pieniędzmi przez rząd i bank centralny mogłyby na chwilę odsunąć widmo recesji, ale kosztem dalszego utrwalania się w inflacji. Na to nie możemy sobie pozwolić. Inflacja niesie za sobą wiele szkodliwych konsekwencji: zubaża społeczeństwo, zakłóca ceny względne, utrudnia kalkulację ekonomiczną i tworzy niepewność, prowadząc do spadku inwestycji.
Opinia stanowi głos polemiczny wobec tekstu Leona Podkaminera, doradcy prezesa NBP, opublikowanego w czwartkowym wydaniu DGP, w którym autor przestrzega przed zaciskaniem pasa. „Pojawiają się coraz natarczywsze głosy wzywające rząd do ograniczania rządowych wydatków socjalnych, a także wzrostu płac w sektorze publicznym. (…) Jak się wydaje, umacnia się obecnie przekonanie, że jest już najwyższy czas, by powstrzymać inflację metodą bardziej bezpośredniego dławienia popytu konsumpcyjnego. Ma temu służyć ograniczanie wzrostu dochodów gospodarstw domowych, realizowane poprzez „zaciskanie (im) pasa” - tj. rozmaite ograniczenia fiskalne. Uważam, że jest to taktyka ryzykowna. Jest prawdopodobne, że ostatecznie okaże się ona równie nieskuteczna jak „szok bez terapii” z początku lat 90. i polityka makro („schładzania gospodarki”) zainicjowana przez rząd AWS-UW pod koniec tej samej dekady. Owszem, skutkiem konsekwentnego wdrażania tej taktyki będzie recesja i wzrost stopy bezrobocia. Ale już niekoniecznie radykalne ograniczanie inflacji w rozsądnym horyzoncie czasowym” - pisze Leon Podkaminer.
Wydatki bieżące sektora finansów publicznych (bez inwestycji) - 2023 w porównaniu do 2021 / Dziennik Gazeta Prawna - wydanie cyfrowe