Pojawiają się coraz natarczywsze głosy wzywające rząd do ograniczania rządowych wydatków socjalnych, a także wzrostu płac w sektorze publicznym. Niewątpliwie ma to związek z obecną inflacją, która - jak się okazuje - jest raczej odporna na zacieśniającą się politykę pieniężną.
Jak się wydaje, umacnia się obecnie przekonanie, że jest już najwyższy czas, by powstrzymać inflację metodą bardziej bezpośredniego dławienia popytu konsumpcyjnego. Ma temu służyć ograniczanie wzrostu dochodów gospodarstw domowych, realizowane poprzez „zaciskanie (im) pasa” - tj. rozmaite ograniczenia fiskalne.
Uważam, że jest to taktyka ryzykowna. Jest prawdopodobne, że ostatecznie okaże się ona równie nieskuteczna jak „szok bez terapii” z początku lat 90. i polityka makro („schładzania gospodarki”) zainicjowana przez rząd AWS-UW pod koniec tej samej dekady. Owszem, skutkiem konsekwentnego wdrażania tej taktyki będzie recesja i wzrost stopy bezrobocia. Ale już niekoniecznie radykalne ograniczanie inflacji w rozsądnym horyzoncie czasowym. Innymi słowy, są duże szanse na to, że ta nowa-stara taktyka „zwykłą” (tyle że wysoką) inflację przemieni w „stagflację”, tj. kombinację m.in. wysokiej inflacji i wysokiego bezrobocia.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.