Pierwsza rzecz: jaką wartość reprezentują kryptowaluty? Wiele z nich – jak sam bitcoin – oddaje chyba głównie energię elektryczną zużytą do „wykopania” kolejnych jednostek, które mogą trafić do obrotu. Gdyby nie wojna w Ukrainie (która zresztą, podobnie jak wiele stosunkowo ubogich krajów z tanim prądem, była sporym „producentem” bitcoina), być może ekscytowalibyśmy się tym, jak duże jest wykorzystanie prądu przez procesory, które chcą odkryć upragnione hashe. A tylko w przypadku bitcoina odpowiada ono zużyciu energii w kraju wielkości Argentyny, która ma kilka milionów mieszkańców więcej niż Polska. Energia potrzeba jest nie tylko do kopania, lecz także do prowadzenia transakcji – każda musi mieć przecież swój ślad w łańcuchu bloków.
Dla części użytkowników bitcoin może mieć nie tylko wartość finansową. To również możliwość uniezależnienia się od rządów, które chcą kontrolować każdy nasz krok i stale psują swoje pieniądze, bez opamiętania je drukując. Najważniejsze, by być daleko od jakiejś centrali, która mówi, jak ma być. Takie przeświadczenie może wynikać z anarchistycznych poglądów. Albo z tego, że prowadzi się interesy na czarnym rynku brudnymi pieniędzmi. Nie bez powodu wobec kryptowalut formułowane są poważne zastrzeżenia dotyczące prania pieniędzy.