Reklama
Największym obecnie wyzwaniem dla Polski jest…

Ustabilizowanie gospodarki, zatrzymanie rosyjskich barbarzyńców i bezpieczeństwo, niezależność energetyczna oraz uniknięcie łatki kraju frontowego, a tym samym podwyższonego ryzyka. Ostatnie dwa lata to niestety okres największych turbulencji gospodarczych i geopolitycznych od II wojny światowej. W 1989 roku nie nastąpił słynny „koniec historii”, a demokracja, dobrobyt i pokój nie zapanowały na świecie. Pomimo olbrzymiego skoku rozwojowego w tym okresie, w tle kumulowały się potężne problemy w postaci autokracji i imperializmu Rosji i Chin, nierówności, rosnącego długu wielu krajów oraz słabnącej wspólnoty transatlantyckiej na skutek m.in. błędnej strategii politycznej i gospodarczej Niemiec i Francji wobec Rosji, Wielkiej Brytanii i USA.

Najpierw był Brexit. Następnie pandemia wywołała potężny szok podażowy na skutek powtarzających się lockdownów. Kiedy udało się dużym kosztem odbudować silną koniunkturę w 2021 roku, Rosja rozpoczęła wojnę hybrydową w Europie wywołując bezprecedensową zwyżkę cen gazu tuż przed zimą, która uderzyła w dochody i podbiła inflację. A w lutym doszło do najgorszego, to znaczy napaści „imperium zła” na niepodległą Ukrainę, czego gospodarczym skutkiem jest gigantyczny skok cen żywności, cen energii i metali. Putin liczy nie tylko na stworzenie „Noworosji” i odbudowę swojej strefy wpływów w naszym regionie, ale także na destabilizację polityczną demokratycznego Zachodu poprzez pogorszenie sytuacji ekonomicznej i inflację. Despoci w sytuacji kryzysu zwiększają presję totalitarną i trwają, a w demokracji destabilizacja gospodarcza oznacza niepokoje społeczne, które mogą być skutkiem wojny na Ukrainie w wielu regionach na świecie. To jest jeden z celów Putina. Dlatego priorytetem jest ustabilizowanie gospodarki. Potencjał ekonomiczny przekłada się wprost na bezpieczeństwo i siłę obronną.

Czy nie ciąży nam hojna polityka wydatkowa z poprzednich lat?

Reklama

Przed 2020 rokiem rozwijaliśmy się szybko i stabilnie. Średnie tempo wzrostu PKB w Polsce w latach 2015-2019 wyniosło aż 4,0 proc. wobec 1,7 proc. w strefie euro, przy niskiej i takiej samej inflacji bazowej ok. 1 proc. Poprzez uszczelnienie systemu podatkowego zmniejszaliśmy deficyt finansów publicznych, a w latach 2018 i 2019 mieliśmy nadwyżki, przez co dług publiczny spadł z 54,2 proc. PKB w 2016 roku do 45,6 proc. w 2019 r. Sprzedaż detaliczna i produkcja przemysłowa rosły stabilnie ok. 5 proc. rocznie.

Wydatki na 500+, czy dodatkowe emerytury były znaczące, ale zwiększały spójność społeczną oraz zmniejszały obszary wykluczenia i ubóstwa. Nie powodowały presji inflacyjnej przy niskim deficycie. Inwestycje rosły stabilnie średnio 4,1 proc. rocznie wobec 2,9 proc. w strefie euro, choć stopa oszczędności i inwestycji prywatnych spadała w relacji do PKB. Niski poziom długoterminowych krajowych oszczędności to strukturalny problem od lat i m.in. dlatego potrzebny jest rozwój kapitałowego filaru systemu emerytalnego w postaci głównie PPK. Pomimo tego tempo wzrostu produktywności było wysokie i w tym okresie Polska poprawiała konkurencyjność i międzynarodową pozycję inwestycyjną. Wzrost wydatków na badania znacząco wzrósł do powyżej 2 proc., ale nadal poziom patentów, cyfryzacji i automatyzacji wymaga poprawy. Równowaga makroekonomiczna i poprawa konkurencyjności gospodarki była jedna wyraźnie widoczna w stałych nadwyżkach rachunku obrotów bieżących od 2019 r. oraz w rekordowych inwestycjach zagranicznych.

Ale zdarzyła się pandemia.

COVID-19 wywołał potężną destabilizację gospodarki. Na początku nie wiedzieliśmy przede wszystkim, jak poważny jest wirus i jak długo będą konieczne restrykcje. Doszło do spadku dostępności towarów, zrywania się łańcuchów dostaw, gwałtownej recesja z ryzykiem skoku bezrobocia, upadłości firm i utraty potencjału rozwojowego jaki nastąpił dekadę temu w krajach południa Europy. Rząd musiał odejść od polityki rozwojowej w tzw. Planie Morawieckiego na rzecz szybkich działań antykryzysowych w postaci tarcz. W obliczu głębokiej recesji i kolejnych fal pandemii szybko wdrożyliśmy programy o wartości blisko 200 mld zł, tj. ok. 8 proc. PKB, które skutecznie ochroniły rynek pracy oraz sektor przedsiębiorstw.

I Narodowy Bank Polski, który dopomagał rządowi przez luzowanie?

W sytuacji recesji i tzw. luki popytowej NBP zadziałał prawidłowo poprzez obniżkę stóp procentowych i wsparcie płynności sektora bankowego. Podobne działania podjęły wszystkie główne banki centralne na świecie. Tarcze antykryzysowe skutecznie ochroniły bezpieczeństwo ekonomiczne Polaków oraz potencjał rozwojowy gospodarki. Przy skali pomocy zbliżonej do średniej UE, osiągnęliśmy lepsze efekty i nawet w okresie pandemii zmniejszyliśmy dystans do bogatszych krajów Europy. Nasze dochody są obecnie na poziomie 77 proc. średniej UE i mamy już za sobą kolejno Węgry, Portugalię, Rumunię, Łotwę, Chorwację, Słowację, Grecję i Bułgarię.

Czy obecna inflacja nie jest skutkiem tarcz, które miały chronić gospodarkę przed skutkami pandemii?

Ekonomiści są bardzo podzieleni co do tego co w ogóle powoduje inflację. Jedna szkoła twierdzi, że wynika ona wyłącznie z przyczyn monetarnych, czyli w uproszczeniu: jak jest za dużo pieniędzy w gospodarce w stosunku do produkowanych dóbr i usług, to następuje wzrost cen. Druga uważa, że kluczowa jest presja kosztowa na ceny w postaci przede wszystkim pensji. Uważam, że co do zasady prawda leży po środku, a główne źródła inflacji są następujące. Po pierwsze i najważniejsze dla inflacji bazowej to trwały spadek bezrobocia i przyspieszenie dynamiki płac do ponad 8 proc. w 2019 roku, powyżej tempa poprawy produktywności w firmach, w połączeniu z 40-proc. dynamiką cen usług komunalnych w 2019 i 2020 r. Po drugie, wzrost cen żywności, cen paliw i gazu oraz metali na rynkach światowych, głównie poprzez działania Putina. Na skutek tego importujemy obecnie ponad połowę inflacji. Trzeci czynnik to przegrzanie gospodarki, która rośnie w tempie blisko 8 proc. Odrobiliśmy już pandemię w produkcji przemysłowej, sprzedaży detalicznej i na rynku pracy, ale pędząca gospodarka w połączeniu z szokiem podażowym w postaci zrywających się łańcuchów dostaw to ryzyko wzrostu cen. Dopiero jako czwarty czynnik wymieniłbym wzrost podaży pieniądza, który nie objawił się w formie bańki kredytowej, ale przede wszystkim w skoku depozytów firm i gospodarstw domowych. Wystarczy spojrzeć pierwsze 10 największych wzrostów cen towarów i usług w marcu oraz dynamikę płac, żeby zobaczyć, że te powody inflacji są właśnie takie.

Obecna ekipa nie ma sobie nic do zarzucenia? Na przykład w kwestii kolejnych pomysłów wydatkowych?

W 2021 r. nastąpiło potężne zacieśnienie fiskalne. Deficyt sektora finansów publicznych spadł z 7,9 proc. do 1,8 proc. PKB, a dług publiczny do 53,5 proc. PKB. W tym roku deficyt będzie oscylował zapewne między 3 a 4 proc. PKB, ale większość wzrostu deficytu to koszt tarczy antyinflacyjnej, która ma zlikwidować skutki nakręcającej się spirali, powodującej, że rosną ceny paliw, żywności i to przekłada się później na oczekiwania wzrostu płac, które i tak rosną już w tempie ponad 12 proc. Impuls fiskalny dotyczy głównie obniżki podatków w ramach Polskiego Ładu, który odpowiada za ok. 1/3 deficytu.

Niemniej jesteśmy w bardzo trudnej sytuacji, bo mamy silną i rozpędzoną gospodarkę, ale utraciła ona przez pandemię i wojnę równowagę. Dlatego tak ważna jest teraz odpowiednia polityka budżetowa, pieniężna i kursowa, która zapewni, że gospodarka się ustabilizuje pomimo tych szoków. Żeby przywrócić równowagę oraz obniżyć inflację i deficyt obrotów bieżących niezbędne jest okresowe schłodzenie koniunktury.

Jak głębokie powinno być to schłodzenie, żeby osiągnąć oczekiwany efekt?

Problem polega na tym, że mamy potrzebę skokowego zwiększenia wydatków na obronność oraz 1,5 mln uchodźców, którzy zwiększają konsumpcję o ponad 1 pkt. proc. Nie jest też rozsądne ryzykowanie bezrobociem, gdy trzeba zaabsorbować te osoby na rynku pracy. Dlatego aktualny mix polityki gospodarczej to zaostrzanie polityki pieniężnej, co ma wzmacniać złotego, ograniczyć wzrost kredytów i zwiększyć skłonność do oszczędności, natomiast polityka fiskalna ma podtrzymywać wzrost gospodarczy na stabilnym poziomie.

Jak bardzo powinna być zaostrzona polityka pieniężna?

Nie ma sensu, żeby stopy procentowe goniły główną stopę inflacji, która zależy w połowie od czynników zewnętrznych, na które polityka pieniężna nie ma żadnego wpływu. Obecnie stopy procentowe już istotnie zbliżyły się do inflacji bazowej na poziomie blisko 7 proc. To ją trzeba obserwować i kontrolować. Stabilizacja złotego wokół 4,65 do euro, daje możliwość bardziej stopniowych zmian stóp procentowych. Przy poziomie 5,5-6,0 proc. można szukać pierwszej stabilizacji, obserwując dane z realnej gospodarki w kolejnych miesiącach. Można tu szukać pierwszego poziomu równowagi, koncentrując się nie na dalszych wzrostach, ale co kluczowe na zwiększeniu efektywności tzw. transmisji polityki pieniężnej. W skrócie: co z tego, że podnoszone są stopy procentowe, jeżeli nie rośnie oprocentowanie depozytów i ludzie mają silne bodźce do konsumpcji zamiast do oszczędności.

Co z polityką fiskalną? Bank centralny trochę hamuje, a rząd dosypuje…

Ale zwróćmy uwagę, że z tego dosypywania dwie trzecie to działania antyinflacyjne - fiskalizacja inflacji, czyli branie jej kosztów na siebie przez budżet. Choć warto, by rząd w perspektywie 2023 r., następnych 12-18 miesięcy, przekładał wajchę z finansowania konsumpcji na inwestycje. Automatycznie konsumpcję będzie osłabiać wzrost obciążenia kredytów. Jeśli chodzi o inwestycje, to krytyczne jest uruchomienie Krajowego Planu Odbudowy. On z jednej strony ustabilizuje nam bilans płatniczy, z drugiej strony są to środki, które gdy gospodarka będzie zwalniała, będą metodą na pobudzanie inwestycji, co może poprawi produktywność i strukturę wzrostu.

Pozytywny scenariusz jest taki, że w 2023 r. nastąpi osłabienie napięć geopolitycznych, spadną ceny surowców, żywności, paliw, energii. To zmniejszy efekty drugiej rundy, presję płacową i inflację. Ruchy na stopach procentowych działają z opóźnieniem 3-4 kwartałów, więc inflacja bazowa także wówczas powinna zacząć hamować przy osłabieniu wzrostu PKB do ok. 2 proc., ale bez ryzyka wzrostu bezrobocia. Wtedy złapalibyśmy równowagę, a wzrost gospodarczy byłby podtrzymywany inwestycjami, więc nie groziłaby nam recesja. To scenariusz tzw. miękkiego lądowania.

To scenariusz pozytywny, a negatywny?

Zły scenariusz jest taki, że presja płacowa i ceny surowców będą rosnąć przy problemach z dostępnością niektórych towarów. Uważam, że łańcuchy dostaw są jedną z głównych przyczyn inflacji, bo popyt nie spotkał się z wystarczającą podażą. To, co się dzieje na rynku drewna, stali, półprzewodników, palladu – to globalna spekulacja. Ona uspokoi się w przyszłym roku pod warunkiem, że spadną napięcia geopolityczne. Ale jeśli inflacja będzie cały czas na podwyższonym, kilkunastoprocentowym poziomie, to trzeba będzie dalej myśleć o zacieśnieniu fiskalnym i większych podwyżkach stóp procentowych. Wtedy na przełomie 2023-24 r. bylibyśmy zagrożeni koniecznością gwałtowniejszego hamowania wzrostu. Jeśli spirala płacowa będzie nakręcać przy kontynuacji szoku podażowego, to czeka nas twarde lądowanie, czyli silniejszy spadek wzrostu z ryzykiem dla rynku pracy. Cały czas uważam, że możemy zrealizować ścieżkę miękkiego lądowania.

Można uwierzyć, że rząd w roku wyborczym będzie w stanie nie wymyślić kolejnych pozycji wydatkowych?

W sytuacji wojny na Ukrainie i bardzo rozchwianej gospodarki fakt, że w przyszłym roku mamy wybory, nie jest dobry. Bo widać już w tej chwili różne pomysły, postulaty, które z punktu widzenia stabilizowania gospodarki nie działałyby dobrze, Np. 20-proc. wzrost wynagrodzeń jest bardzo proinflacyjny. Z dużą ostrożnością podchodziłbym do pomysłu emitowania obligacji przez NBP.

Pojawiają się argumenty, że to może ściągnąć nadwyżkę pieniądza z rynku i zmniejszyć konsumpcję.

Po pierwsze, jeśli przez bank centralny emitujemy obligacje detaliczne, oprocentowane – jak się postuluje - z premią w stosunku do inflacji, czyli na 12-14 proc. w skali roku, to jest to czysty dodruk pieniądza, który ostatecznie zwiększy podaż pieniądza w średnim terminie. Po drugie, obligacje kupią zapewne osoby o wyższych dochodach, niższej skłonności do konsumpcji i stałej nadwyżce oszczędności. Nie wpłynie to istotnie na konsumpcję, ponieważ osoby o niższych dochodach i wyższej skłonności do konsumpcji nie będą skłonne „mrozić” środków w obligacjach na dłuższy termin.

Jest jakaś alternatywa?

Kluczowe jest raczej podwyższenie oprocentowania lokat przez banki i krótkoterminowe obligacje Skarbu Państwa emitowane z atrakcyjnym oprocentowaniem. Niedawno apelowałem do banków, aby pomogły wyciągnąć pieniądze spod materacy Polaków. Teraz mamy dodatkowe ponad 130 mld w gotówce, które Polacy wypłacili podczas pandemii i wojny. Ta gotówka przy tej inflacji zachęca do wydatków, a to niedobre dla inflacji.

Co byłoby silnym bodźcem dla banków?

Płynność w sektorze bankowym będzie stopniowo spadała. Bo będą zapadały obligacje, które bank centralny kupił - w kwietniu pierwsze 7 mld zł. Więc żeby to refinansować MF pożyczy pieniądze z sektora bankowego. Drugi czynnik jest taki, że tarczą finansową zbudowaliśmy bufor w sektorze przedsiębiorstw. On nie był proinflacyjny, bo to nie były - jak w USA - czeki na konsumpcję. Pieniądze dostały firmy, by nie zwalniały pracowników i miały płynność. Jak widać z danych bankowych, były one trzymane na depozytach. Obecnie 1/3 tej pomocy jest zwracana. Jako PFR już ściągnęliśmy prawie 10 mld zł, a łącznie to będzie 25 mld zł. Więc stopniowo obligacje NBP i spłaty środków z tarczy sprawią, że o kilkanaście mld zł zmniejszy się płynność w sektorze bankowym. Jeżeli pojawią się lokaty po 3-4 proc. to będzie szansa na realny wzrost skłonności do oszczędzania.

Skoro będą wybory, to trudno będzie nie dać podwyżki budżetówce, nawet jeśli nie będzie to 20 proc. jak chce PO, skoro ci ludzie widzą 12-proc. wzrosty płac na rynku.

Ale bardzo ważne jest żeby dynamika wzrostu płac nie przekraczała inflacji, bo wtedy to już jest czysta spirala. Podwyższenie płac powoduje kolejne zwiększenie deficytu…

Może darować sobie 14. emeryturę?

Byłoby bardzo pożądane, by - wobec tak poważnych zagrożeń jak wojna na Ukrainie, odpływu kapitału z całego regionu, ryzyka zakwalifikowania Polski do krajów frontowych, gdzieś na rubieżach, a nie w centrum Europy, co może mieć negatywne skutki dla naszego rozwoju na dekady - pomimo wyborów propozycje gospodarcze i polityka makroekonomiczna były bardzo odpowiedzialne. My musimy pokazać światu, że jesteśmy w centrum Europy, jesteśmy dojrzałym krajem, mamy zdolność do ustabilizowania sytuacji inflacyjnej, deficytu. Mamy silne fundamenty gospodarcze, jesteśmy krajem atrakcyjnym, konkurencyjnym dla inwestycji. Jesteśmy członkiem NATO, UE, mamy pieniądze na inwestycje dzięki KPO. Jesteśmy jak Niemcy Zachodnie po II wojnie światowej, a nie gdzieś pomiędzy dwoma światami, jak widzą to niektórzy.

Czyli 14. emerytura – nie?

Na 14. emeryturę było stać budżet w ostatnich latach. Pomimo zarzutów o duże wydatki socjalne, uszczelnienie systemu podatkowego spowodowało, że deficyt był coraz niższy i nie było negatywnych konsekwencji. Teraz oczywiście rząd musi to wszystko dobrze policzyć, bo jeżeli chcemy realnie zapanować nad inflacją to w 2023 r. rząd też powinien pokazać zmniejszenie deficytu budżetowego.

Jaki powinien być deficyt w przyszłym roku?

Mniejszy niż w tym. Każdy niższy deficyt będzie wspierał politykę pieniężną w przeciwdziałaniu inflacji. Bardzo źle by było, gdyby deficyt znacząco skoczył, aczkolwiek uważam, że będzie zaskakiwał pozytywnie, również w tym roku. Głównie poprzez stronę przychodową.

Problem w tym, że rosną wydatki, np. 3 proc. PKB na wojsko.

Na wydatkach na obronność akurat nie możemy oszczędzać. Ale włączenie silnika, jakim ma być KPO, odciąży budżet od wielu wydatków, dzięki czemu zaciskanie pasa nie odbędzie się gwałtownie.

Czyli KPO jest jednym z możliwych punktów zwrotnych sytuacji gospodarczej?

Bardzo istotnym, bo to powinno umocnić złotego, poprawić nasz bilans płatniczy, uwolnić środki budżetowe na inwestycje…

Czyli Sejm powinien szybko przyjąć ustawy sądowe? Bo to warunek sine qua non uruchomienia KPO przez Brukselę?

Jak najszybciej powinno dojść do porozumienia, o którym mówił Premier Mateusz Morawiecki, że jest blisko. Tu dwie strony muszą chcieć. Potrzebny jest kompromis z Komisją Europejską. Wydaje się, że w poprzednich miesiącach tej chęci nie było. W obecnej sytuacji nie wyobrażam sobie, by taki kompromis, rozsądny dla obu stron nie miałby być zawarty.

Na co powinniśmy móc liczyć, jeśli chodzi o dofinansowanie pobytu uchodźców w Polsce?

Jesteśmy liderami wsparcia dla Ukrainy podczas tej wojny. Polska jest głównym hubem logistycznym pomocy humanitarnej i wojskowej. Naprawdę uważam, że stajemy wszyscy na wysokości zadania. Patrząc, jak zachowało się społeczeństwo, jestem naprawdę dumny, że jestem Polakiem. Prezydent i premier wykonują gigantyczną pracę w polityce międzynarodowej i wsparciu Ukrainy. Z drugiej strony mamy ok. 1,6 mln uchodźców. Warto ich włączyć do systemu gospodarczego. Dobrze, że są nadawane PESEL-e. Jest problem niedopasowania kompetencji, aczkolwiek nawet te kobiety w służbie zdrowia i innych branżach są potrzebne. Mamy obecnie blisko 300 tysięcy wakatów w gospodarce. Pewnie warto zdiagnozować, jakie są to zawody i jak najszybciej je włączyć w obieg gospodarczy, bo wtedy też koszty opieki nad uchodźcami będą niższe. Polska ponosi koszty bezprecedensowe, staliśmy się czwartym krajem na świecie jeśli chodzi o liczbę uchodźców.

A jeśli chodzi o tempo przybywania – pierwszym.

Tak, w ramach pewnej solidarności UE powinna nas wesprzeć również finansowo.

Jaką kwotą?

Powinna to być kwota adekwatna do zaangażowania. Sama możliwość wykorzystania środków z poprzedniej perspektywy to za mało. Powinny do Polski trafić nowe środki, co odciążyłoby budżet.

Co z pomocą dla firm i gospodarczymi konsekwencjami tej wojny? Ze spadającym PKB Ukrainy i embargiem na Białoruś i Rosję? Nasze firmy tracą duże rynki. Czy będziecie im jakoś pomagać?

Tak. Uruchomiliśmy infolinię dla przedsiębiorców, każdy może zgłosić swoje problemy. A ponieważ one są bardzo zróżnicowane, czasami dotyczą dostaw, czasami eksportu, płynności, transportu, to staramy się załatwiać sprawy indywidualnie. Głównie problem dotyczy dostaw pewnych istotnych komponentów do produkcji i tu Polska Agencja Inwestycji i Handlu z grupy PFR pomaga szukać kontrahentów. Problem dotyczy płynności, bo gdy nagle wzrosły ceny surowców, to powstało w firmach potężne zapotrzebowanie na kapitał obrotowy. Bank Gospodarstwa Krajowego zapowiedział kontynuację programu gwarancji płynności. Po trzecie – eksport. Tu jest rola PAIH, Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Organizowane są misje gospodarcze, by pomóc firmom znaleźć nowe rynki. Szczęśliwie to było 5 proc. naszego eksportu, więc wpływ na całą gospodarkę nie jest aż tak duży. To jest ok. 1 pkt. proc. PKB. Ale też ten ubytek nadrabiają konsumpcja przez uchodźców w naszym kraju i olbrzymie zakupy pomocy dla Ukrainy. Prze to też dane dotyczące sprzedaży są bardzo zaburzone.

Wróćmy do inflacji. Walka z nią to rosnące raty kredytów? Czy kredytobiorcy złotowi mogą liczyć na jakieś formy wsparcia?

Średnia rata kredytu w Polsce to ok. 1,5 tys. zł. Z tego ok. 55 proc. to odsetki. I jeżeli stopy procentowe tak mocno wzrosły, to powoduje to, zwłaszcza dla tych kredytobiorców, którzy wzięli kredyt w ciągu ostatnich 2-3 lat, znaczący wzrost raty, nawet do 2 tys. zł. Aczkolwiek uczciwie trzeba powiedzieć, że w warunkach inflacji kredytobiorcy bardziej korzystają niż posiadacze oszczędności. Bo realna wartość kredytu po prostu spada, a nieruchomości rośnie. Zwłaszcza w sytuacji kiedy płace rosną szybciej niż inflacja. Oczywiście trzeba myśleć o osobach, zwłaszcza młodych, które mają niższe dochody, a ich raty są tak wysokie, że nie są w stanie ich obsłużyć, czyli gdy rata zaczyna przekraczać 50 proc. dochodu rozporządzalnego. Szacuję, że takich osób na 2,5 mln kredytobiorców może być ok. 100 tys. Z myślą o nich powstał w BGK fundusz wsparcia kredytobiorców, finansowany przez banki. Ponieważ nie było wcześniej problemów z obsługą kredytów, ten fundusz nie był wykorzystywany. On wymaga pewnych modyfikacji.

Jakich?

Ułatwień w dostępie i większego zasilenia przez banki. Najważniejsze, że jest gotowy skuteczny mechanizm dla tych, którzy potrzebują pomocy.

Pojawiają się pomysły mrożenia WIBOR-u albo wysokości rat.

Mrożenie WIBORU tylko dołożyłoby do destabilizacji gospodarki i podwyższyło inflację. W efekcie koszty społeczne byłyby jeszcze wyższe. WIBOR trzeba przede wszystkim zastąpić lepszą stawką oraz rzeczywiście pomóc kredytobiorcom z problemami w spłacie rat. Mamy bardzo poważną sytuację gospodarczą, od II wojny chyba najpoważniejszą, jeśli chodzi o bezpieczeństwo. Musimy pokazać, że jesteśmy stabilni i prowadzić bardzo bezpieczną politykę makroekonomiczną. Działać jak dojrzały, rozwinięty kraj, a nie jak Turcja, która ma 60-proc. inflację. Bardzo łatwo jest wpaść do takiego „koszyka”. Koszty tego ponosilibyśmy przez dekady. Fundamenty gospodarki mamy silne, ale trzeba zadbać o stabilność, przewidywalność i bezpieczeństwo.

Rozmawiał Grzegorz Osiecki,
współpraca Anna Ochremiak