Reklama
Ten w najbliższych miesiącach stoczy walkę na kilku frontach. Najważniejszy to sprowadzić inflację z obecnych 6,8 proc. do 2,5 proc. plus minus 1 pkt proc. W tym samym czasie musi zapewnić sobie prezydencką nominację na drugą kadencję w fotelu szefa NBP.
Gdy kadencja prezesa NBP, Marka Belki, zaczęła się zbliżać ku końcowi, a wiadomo już było, że jego następcę wskaże Andrzej Duda, zaś poparcia w parlamencie będzie udzielała większość skupiona wokół PiS, Adam Glapiński był najsensowniejszym kandydatem na nowego prezesa. Wcześniej spędził sześć lat w RPP, następnie został na kilka miesięcy członkiem zarządu NBP, aby jego wejście w kierowanie bankiem centralnym było płynne.
Kadencja obecnej rady w znakomitej większości była nudna. Nuda zaś jest w polityce pieniężnej stanem pożądanym. Sytuację zmienił dopiero wybuch pandemii, który aż nadto uwidocznił, jakie problemy komunikacyjne ma prezes i NBP w sytuacji gwałtownego szoku i olbrzymiej niepewności. I znów, mimo perturbacji i początkowego bagatelizowania kryzysu, jaki przyniósł COVID-19, RPP i bank centralny stanęli na wysokości zadania. Stopy procentowe zostały obniżone do niemal zerowego poziomu, a NBP rozpoczął skup obligacji, który dał pewność rządowi, że będzie mógł się finansować.

Reklama
Problemy zaczęły się, gdy przyszedł czas sprzątania, a na horyzoncie zarysowała się konieczność normalizacji polityki monetarnej.
RPP zaczęła zaskakiwać decyzjami, szczególnie że rozjeżdżały się ze słowami samego prezesa Glapińskiego. Ten studził bardzo mocno oczekiwania na podwyżki stóp procentowych, nawet gdy zaczęły je podnosić banki centralne regionu: czeski i węgierski. Temat inflacji prezes również bagatelizował, chociaż słusznie wskazywał na zewnętrzne przyczyny jej wysokiego poziomu, które kryły się w szoku związanym z cenami energii czy ropy.
Nieoczekiwanie jednak dla wszystkich RPP zaczęła wyraźnie zaostrzać politykę monetarną już w październiku (wzrost głównej stopy NBP o 40 pb do 0,5 proc.), a listopad przyniósł kontynuację i to w jeszcze większej skali – kolejna podwyżka o 75 pb. Żadna z tych decyzji nie była rynkowym konsensusem, obie były zaskoczeniem. Podobnie jak konferencja po posiedzeniu RPP prezesa Adama Glapińskiego. Widać, że jej głównym przekazem miała być duża determinacja w sprowadzeniu inflacji do celu NBP. Przekaz ten nieco jednak zniknął w chaotycznej obronie działań RPP i podkreślaniu, że obecny poziom inflacji to nie jej wina.
Oczywiście jest grupa członków rady, która już wcześniej wskazywała na potrzebę podwyżek stóp procentowych. Może gdyby jej posłuchano, to dzisiaj nie trzeba byłoby tak gwałtownie reagować. Przykład czeskiego banku centralnego dowodzi jednak, że wcale tak być nie musiało. Czesi zaczęli podnosić stopy długo przez nami, w czerwcu br., a dzisiaj wykonują jeszcze bardziej agresywne ruchy – w listopadzie podwyżka sięgnęła aż 125 pb.
Prawdopodobnie jednak wystarczyłoby postawić na lepszą komunikację. Nie bagatelizować dynamiki cen, nie mówić o szkolnych błędach, jakimi byłoby reagowanie na szoki podażowe przez politykę monetarną, ale zarządzać oczekiwaniami społeczeństwa i rynków.
Do tego dochodzi specyficzna aktywność biura prasowego NBP na Twitterze. W ostatnich dniach w reakcji na ranking prezesów banków centralnych przygotowywany przez pismo „Global Finance”, profil służb prasowych banku centralnego wziął w obronę szefa i bardziej mu tym zaszkodził, niż pomógł. Adam Glapiński otrzymał faktycznie niską notę, ale nie miała ona przecież żadnego znaczenia, a już na pewno nie wymagała kilkunastu wpisów na Twitterze z wymienieniem zasług i wyróżnień, jakie prezes NBP otrzymał.
Wszystkie te wydarzenia skłaniają do wniosku, że Adam Glapiński poważnie obawia się, czy prezydent oraz sejmowa większość wybiorą go na drugą (i ostatnią możliwą) kadencję prezesa NBP. Wybór ten dokona się dopiero w połowie przyszłego roku. Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się, że obecny prezes ma nominację w kieszeni. Jednak zachowaniem swoim i swojego otoczenia w NBP zdaje się potwierdzać spekulacje, że konkurs na szefa banku centralnego wcale nie został zamknięty. Oczywiście Adam Glapiński wciąż nie ma właściwie żadnego konkurenta o podobnej wadze politycznej do jego własnej. Jest przecież politycznym kompanem Jarosława Kaczyńskiego od ponad trzech dekad. Jest też – obok Mateusza Morawieckiego – jednym z jego okien na gospodarkę. Dzisiaj, gdyby jakikolwiek kandydat wychylił się w wyścigu do fotela prezesa NBP, to po drodze spaliłby się. Jeśli są chętni do wypchnięcia z sań Adama Glapińskiego, to siedzą cicho lub taktycznie ogłaszają, że nie są zainteresowani jego posadą.
Testem na to, jak silna jest kandydatura obecnego prezesa, będzie wybór członków RPP nowej kadencji. W okresie styczeń-marzec przyszłego roku dojdzie do wymiany siedmiu członków rady, z tego Zjednoczona Prawica, za pośrednictwem prezydenta i Sejmu, gdzie ma większość, będzie mogła obsadzić pięciu (dwóch wybierze Senat). Kto będzie teraz kluczowym rozgrywającym w tej sprawie? Nadal Glapiński, być może Mateusz Morawiecki będzie chciał wziąć udział w tym procesie. To będzie pierwszy poważny wskaźnik wyprzedzający dla procesu wyboru prezesa NBP.
Dzisiaj inflacja i gwałtowny, na pewno jeszcze niezakończony, proces podwyżek stóp procentowych, to duży problem polityczny dla PiS. Inflacja na początku przyszłego roku będzie się ocierać o 8 proc., może nawet będzie wyższa. Podwyżki stóp procentowych będą zaś chłodziły koniunkturę i podnosiły koszty kredytów. Jeśli zaś polityka pieniężna ma być zakładnikiem kampanii wyborczej na prezesa NBP, to może nie być optymalna. Sprowadzenie inflacji do poziomu pożądanego przez władze monetarne zajmie pewnie co najmniej 2 lata, oczywiście można to zrobić szybciej, ale koszt gospodarczy i społeczny takiego działania z pewnością byłby nieakceptowalny i wysoki. To może oznaczać, że podwyższona dynamika cen pozostanie z nami aż do kampanii wyborczej w 2023 r., a już na pewno wysoka inflacja będzie tematem przez cały przyszły rok i to tematem dla obozu rządzącego trudnym.
NBP dla obecnego obozu władzy to ważna instytucja. Gdyby PiS nie udało się wygrać w wyborach w 2023 r., to bank centralny będzie kluczowym miejscem przetrwania dla wielu polityków i instytucją, z której można mieć olbrzymi wpływ na politykę gospodarczą. Oczywiście bank centralny jest niezależny, ma często inne cele niż rząd, ale to teoria. Praktyka pokazuje, że można kreować z fotela prezesa NBP nie tylko politykę pieniężną, ale mieć wpływ w ogóle na politykę. Dlatego PiS będzie pewnie bardzo skrupulatnie podchodzić do wyboru nowego szefa NBP. Na wszelki wypadek.
Właśnie rozpoczyna się gorący okres spekulacji, czy Adam Glapiński będzie kolejne sześć lat prezesem NBP. Są już tacy wśród komentatorów życia gospodarczego i politycznego, którzy go skreślili. Pewnie zbyt szybko. W ubiegłym tygodniu szef banku centralnego otrzymał z rąk prezydenta specjalną nagrodę gospodarczą w kategorii, która pojawiła się dopiero w tym roku. Trudno nie odnieść wrażenia, że po ostatnim zamieszaniu wokół prezesa i NBP została ona specjalnie ustanowiona dla Adama Glapińskiego. Dla części obserwatorów była ona wyróżnieniem na koniec misji w banku centralnym, dla innych sygnałem, że pozycja prezesa jest mocna.
Jeśli prezydent Andrzej Duda chce zrobić coś dobrego dla gospodarki, to powinien jak najszybciej wskazać swojego kandydata na prezesa NBP. Lider sejmowej większości Jarosław Kaczyński powiedzieć zaś, czy ma on poparcie. To pomoże złagodzić napięcie i u obecnego prezesa, i na rynkach.