Reklama
Wiemy też, gdzie znajdą się pieniądze, które będą zasilać FWSZ. Prócz sprzedaży obligacji (Skarbu Państwa i samego funduszu) oraz wpłat z budżetu państwa, mają to być wpłaty z zysku Narodowego Banku Polskiego.
Nie wiemy, czy i jak udział banku centralnego w finansowaniu armii będzie (jest?) zapisany w projekcie ustawy. Zaraz przychodzi jednak do głowy pytanie: „po co?”. Przecież dziś 95 proc. zysku, jaki wypracowuje NBP, trafia do budżetu. Skąd pieniądze łatwo skierować np. na siły zbrojne. Transfery z banku do kasy państwa dotychczas nie były w żaden sposób „znaczone” - można było je wykorzystać w dowolny sposób, o ile był zgodny z ustawą budżetową. Teraz najwyraźniej jakiś znacznik się pojawi.
Zysk banku centralnego to nie jest nic pewnego. Raz jest, innym razem go nie ma. Czy można siły zbrojne narażać na ryzyko, że nie dostaną swojej „działki”? Chyba że gdzieś w zaciszu gabinetów wymyślono sposób na zapewnienie stabilnego wyniku banku centralnego. Najskuteczniejszy byłby taki: staramy się, żeby złoty był możliwie słaby, bo właśnie wtedy szanse na dobry wynik finansowy banku centralnego są największe. Wynikają z prostego faktu, że rośnie wartość przeliczonych na złote rezerw walutowych. Narzuca się więc prosty wniosek: im słabszy złoty, tym więcej pieniędzy na wojsko.
Nie wiemy, czy udział NBP we wspieraniu Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych był uzgadniany z kierownictwem banku centralnego. Wiemy natomiast, że kadencja obecnego prezesa kończy się w połowie przyszłego roku i że Adam Glapiński stara się o odnowienie swojego mandatu. Nastawienie banku centralnego poznamy po tym, czy i jakie uwagi do projektu zgłosi w trakcie konsultacji.

Reklama
Uwzględnienie NBP w finansowaniu armii będzie miało dodatkowy skutek: projekt będzie konsultowany również za granicą, a konkretnie we Frankfurcie. To, co dotyczy banków centralnych krajów unijnych, jest bowiem w obszarze zainteresowania Europejskiego Banku Centralnego (EBC). Czy nasz rząd przejmie się opinią EBC, to już inna sprawa, nie ma jednak wątpliwości, że taka opinia powinna się pojawić. Na czele banku stoi Francuzka, ale panuje opinia, że najwięcej do powiedzenia mają Niemcy. Zatem w uproszczeniu: pozwolimy Niemcom na zrecenzowanie ustawy dotyczącej naszej obronności.
A poważniej: „Niedopuszczalne są tymczasowe lub doraźne środki ustawodawcze równoznaczne z wydawaniem poleceń krajowemu bankowi centralnemu co do sposobu podziału zysku” - czytamy w ostatnim raporcie o konwergencji, opublikowanym przez EBC w ubiegłym roku. Czy za coś takiego zostanie uznane rozwiązanie zaproponowane w ustawie o obronie ojczyzny - dopiero zobaczymy.
„Prawo polskie nie spełnia wszystkich wymagań dotyczących niezależności banku centralnego, poufności, zakazu finansowania ze środków banku centralnego oraz integracji prawnej z Eurosystemem. Jako państwo członkowskie UE objęte derogacją Polska musi w całości spełnić wymagania dostosowawcze określone w art. 131 Traktatu” - już wcześniej wskazywał EBC. Traktat o funkcjonowaniu Unii Europejskiej mówi, że „każde państwo członkowskie zapewnia zgodność swojego ustawodawstwa krajowego, w tym statutu krajowego banku centralnego, z traktatami i statutem ESBC (Europejskiego Systemu Banków Centralnych) i EBC”.
Polska ustawa nie będzie pierwszym przypadkiem, w którym europejski bank będzie się zajmował związkiem banku centralnego z obronnością. Na początku ubiegłego roku wzięto pod lupę projekt ustawy o obronie narodowej, nad którą pracowano wówczas w Estonii. Nie było w niej zapisów, na których mogłoby być wzorowane zaproponowane u nas. A opinia mówiła tak: „Zapewnienie realizacji przez państwa członkowskie rozsądnej polityki budżetowej jest jednym z kluczowych celów zakazu finansowania monetarnego, którego nie można obchodzić. Dlatego zadanie finansowania zadań, za które zwykle odpowiadają państwa członkowskie i które są finansowane z ich źródeł budżetowych, a nie przez krajowe banki centralne, nie może być powierzane krajowym bankom centralnym”.
Po wybuchu globalnego kryzysu finansowego, gdy okazało się, że rządy nie są w stanie łatwo sfinansować ratowania przed upadkiem dużych instytucji finansowych, i później, gdy okazało się, że to poprawia nastroje na rynkach finansowych i pomaga unikać głębokich recesji, zakazów finansowania budżetów państw przez ich banki centralne nie traktowano już z takim nabożeństwem jak przez poprzednie jedną czy dwie dekady. Również w strefie euro. Ale trudno oprzeć się wrażeniu, że finansowanie armii przez bank oddali nas od strefy euro. W takim razie dokąd nas przybliży?