I dobrze, bo to odblokowuje cały proces prac nad systemem ugód, któremu w pewnym momencie groził paradoks paragrafu 22: NBP wstrzymywał się od jakichkolwiek jasnych deklaracji, bo „nie ma żadnej propozycji, do której mógłby się odnieść”, a banki zwlekały z przedstawieniem konkretnych rozwiązań, bo nie wiedziały, czy NBP zamierza cokolwiek robić w temacie, a jeśli tak, to co. I to stwarzało ryzyko, że cały pomysł z ugodami czeka klincz. Wczorajszy wieczorny komunikat banku centralnego oznacza, że sprawy ruszyły z miejsca. I to też pozytywna informacja, bo do wczoraj można było odnieść wrażenie, że instytucjom państwa, które miałyby coś do powiedzenia w sprawie ugód banków z frankowiczami, odpowiada rola stojącego z boku. Owszem, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego Jacek Jastrzębski rzucił pomysł zamiany hipotecznych kredytów walutowych na złotowe, czym wywołał cały temat w grudniu, ale potem wyszedł chyba z założenia, że piłka jest po stronie banków i lepsza dla niego będzie rola arbitra w meczu. Zaś prezes banku centralnego Adam Glapiński sprawiał natomiast wrażenie, jakby w ogóle nie chciał w tym meczu brać udziału, no chyba że w roli widza.
Odblokowanie się NBP jest bardzo ważne dla jednego z aspektów ugód z frankowiczami: gdyby banki zostały same z problemem przewalutowania frankowych kredytów, mogłoby to poważnie zachwiać kursem złotego. Choć bank centralny wielokrotnie ostatnio komunikował, że ze słabym złotym mu po drodze, to jednak głęboka deprecjacja zaszkodziłaby gospodarce i co do tego większość ekonomistów jest zgodna. Co ma wspólnego kurs złotego z zamianą kredytów frankowych na złotowe? Każdy bank powinien mieć zabezpieczenie udzielonego kredytu w postaci depozytu o takiej samej wielkości. W bankowym bilansie aktywom (kredytom, które bank ściąga od kredytobiorców, na czym zarabia) odpowiada taka sama wartość pasywów (np. lokat, jakie wpłacili klienci, które kiedyś bank będzie musiał oddać). W przypadku kredytów frankowych pasywami były transakcje, jakie polskie banki zawierały z zagranicznymi. Polegały one na tym, że jedna strona (zagraniczny bank) dostarczała drugiej (polskiemu bankowi) kwotę franków z jednoczesną umową zwrotu tej kwoty po określonym z góry kursie.
Przewalutowanie kredytu w wyniku ugody z punktu widzenia bankowego bilansu powoduje, że znikają aktywa we frankach, tak jakby kredyt we frankach został spłacony. To oznacza, że w każdym takim przypadku polski bank będzie musiał się rozliczyć z zagranicznym, by oddać mu franki będące zabezpieczeniem kredytu. Żeby to zrobić, będzie musiał je kupić na rynku. Przed tym ryzykiem ostrzegają ekonomiści, zwracając jednocześnie uwagę, że dość łatwo można by je wyeliminować, gdyby w sprawę zaangażował się NBP. Eksperci banku Citi Handlowy w raporcie sprzed kilku dni pisali, że sama niepewność co do tego, czy NBP wspomoże banki, czy nie, może powodować presję na spadek wartości złotego.
Ta presja po wczorajszym komunikacie NBP będzie pewnie nieco mniejsza, choć przecież bank centralny nie zadeklarował się jednoznacznie, że wesprze banki komercyjne. Postawił aż pięć warunków, w tym taki, że do programu ugód musi przystąpić odpowiednio duża część sektora bankowego, by w ogóle miał on sens. Dla NBP problem z kredytami walutowymi to kwestia zagrożenia dla stabilności systemu finansowego, więc im większy zakres będą miały ugody, tym lepiej. Ale też nikt nie powinien oczekiwać, że bank narodowy już na tym etapie powie twarde „tak” dla ugód. Nadal trwają negocjacje. Wszystkie strony trzymają karty przy orderach i tak chyba należy tłumaczyć dalece posuniętą frankową asertywność ze strony NBP – ale też i KNF. Obie instytucje muszą zdawać sobie sprawę, pod jak dużą presją znaleźli się bankowcy. Już za półtora miesiąca Sąd Najwyższy odpowie na sześć pytań bezpośrednio związanych z sprawą mieszkaniowych kredytów walutowych. To powinno wyznaczyć kierunek orzecznictwa w polskich sądach w sprawach, jakie wytaczają bankom frankowicze. I nie musi być to kierunek pożądany przez banki. Ich szefowie to doskonale wiedzą, kalkulują więc, czy ugody z frankowiczami nie byłyby mniejszym złem. To nie jest dobry moment na wyciąganie do nich pomocnej dłoni, jeśli chce się od banków ugrać możliwie dużo. Tym bardziej że zarówno KNF, jak i NBP zapewne pamiętają, że polski sektor bankowy w sprawie frankowych kredytów ma dużą skłonność do hamletyzowania i rozmywania problemu, co w ciągu ostatnich lat kilkakrotnie udowodnił. Silna presja może zwiększać skłonność do kompromisu, więc instytucje świadomie przeciągają strunę. Mogą to robić bez większego ryzyka wywołania społecznego oburzenia, bo sektor bankowy – zasłużenie czy nie – nie cieszy się zbyt dużym zaufaniem. Postawa instytucji państwa w tej sprawie może wynikać z jeszcze jednej przesłanki: nie chcą one brać odpowiedzialności, na wypadek gdyby operacja „ugoda” przyniosła jakieś negatywne skutki uboczne. Sektor bankowy nie jest jednorodny pod względem kondycji poszczególnych banków. Asertywność KNF i NBP, to ich „sami się dogadajcie” to w istocie: „sami musicie zdecydować, co jest dla was lepsze, żebyście potem nie mieli pretensji”. Z tego punktu widzenia „nie mówimy »nie«” dla wsparcia konwersji kredytów frankowych na złotowe, które właśnie padło ze strony NBP, to i tak bardzo dużo.