Reklama
Narodowy Bank Polski przedstawił wczoraj pięć warunków, od których uzależnia „rozważenie ewentualnego zaangażowania” w operację przewalutowania kredytów hipotecznych na złote. Chodzi przede wszystkim o to, by na wejście do tej inicjatywy zdecydowała się odpowiednio liczna grupa banków i by zachęcono do niej „istotną część kredytobiorców”.
Inne wymogi postawione przez bank centralny to decyzja akcjonariuszy banków dotycząca proponowania ugód, eliminacja wątpliwości prawnych dotyczących tego, czy ugody będą faktycznie kończyły spory z klientami, oraz „przedstawienie wiążących planów odbudowy kapitałów, w ramach których banki zobowiążą się do podjęcia działań zmierzających do powrotu wysokości współczynników wypłacalności i współczynnika dźwigni do poziomów nie niższych niż notowane przed podjęciem konwersji”. Tu NBP wprost wymienia wstrzymanie się od wypłaty dywidendy oraz wypłat premii i innych zmiennych składników wynagrodzeń. Komunikat nie wyjaśnia, czy chodzi o pensje menedżerów, czy wszystkich pracowników banków.
NBP zastrzega, że jego zaangażowanie, czyli pomoc w pozyskaniu walut obcych, odbyłoby się „na zasadach i według kursów rynkowych”.
W sektorze bankowym głównym promotorem przewalutowania jest PKO BP, największy gracz na naszym rynku. Pozytywna reakcja spodziewana jest również ze strony takich instytucji, jak Pekao (inny podmiot pod kontrolą państwa) czy ING Bank Śląski, które mają niewielkie portfele hipotek walutowych. Decyzja o zaproponowaniu ugód klientom jest trudniejsza dla takich instytucji jak mBank, ze znaczącym udziałem kredytów frankowych w bilansie.
– My tę propozycję traktujemy jako najdalej idące rozsądne rozwiązanie problemu. Dalej to są już absurdalne oczekiwania. Sprowadzenie kredytu w walucie do kredytu złotowego w mojej ocenie intelektualnie się broni. Choć ci ludzie mogli kupić większe mieszkanie, przez długi czas mieli mniejsze obciążenia, więc to nie jest zupełnie to samo – tłumaczył Stypułkowski.
Najmniej do zyskania na ugodach mają banki, które de facto wycofały się z naszego rynku. Obsługują jedynie kredyty walutowe sprzedane w przeszłości. Dotyczy to takich instytucji, jak Bank BPH czy polski oddział Raiffeisen Bank International.
mBank jako pierwszy wyliczył też skutki finansowe realizacji pomysłu szefa nadzoru. „Łączny potencjalny wpływ realizacji planu konwersji na mBank wyniósłby: 5,4 mld zł w przypadku konwersji 100 proc. portfela aktywnego i spłaconego, 4,7 mld zł w przypadku konwersji tylko portfela aktywnego. Na dzień publikacji niniejszych danych finansowych mBank nie podjął decyzji o zaproponowaniu klientom porozumień według propozycji przewodniczącego KNF. Będzie to przedmiotem dalszej analizy i dyskusji z organami nadzoru” – podano w raporcie giełdowym.
W skali sektora szacunki strat związanych z przewalutowaniem na zasadach wskazanych przez szefa nadzoru to co najmniej 30 mld zł. – To by oznaczało odpływ znacznych kapitałów. W warunkach wychodzenia z kryzysu odbiłoby się to na możliwościach finansowania gospodarki. Dla wielu banków oznaczałoby też konieczność gwałtowanego dostosowania po stronie kosztów – tak Cezary Stypułkowski mówił o ekonomicznych konsekwencjach konwersji hipotek.
Dyskusję na temat przewalutowania kredytów wywołał w grudniu Jacek Jastrzębski, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego. Zaproponował on przewalutowanie kredytów na złote według kursu z momentu zaciągnięcia zobowiązania przez klienta i przeliczenie rat tak, jakby hipoteka od początku była w złotych.
Konwersja ma służyć uniknięciu kumulowania się ryzyka związanego z pozwami przeciwko bankom ze strony frankowiczów. Ci wygrywają obecnie zdecydowaną większość spraw, ale orzecznictwo sądów jest zróżnicowane. Ujednolicić je ma Sąd Najwyższy. Pod koniec marca Izba Cywilna SN ma odpowiedzieć na pytania dotyczące spraw frankowych skierowane przez I prezes SN. Chodzi w nich między innymi o termin przedawnienia roszczeń banków w przypadku unieważnienia umowy kredytowej przez sąd czy o możliwość zastąpienia kursu z tabeli banku przez średni kurs Narodowego Banku Polskiego. Bieżące notowania waluty są potrzebne do wyliczania wysokości raty w złotych kredytu we frankach.
Za najbardziej dotkliwe dla banków uważane jest rozstrzygnięcie, w którym Izba Cywilna uznałaby, że 10-letni termin przedawnienia biegnie od momentu wypłaty kredytu przez bank. Oznacza to, że przy unieważnieniu umowy klient nie musiałby spłacać zobowiązania (kredyty walutowe na dużą skalę były udzielane do 2008 r.), a jednocześnie mógłby się domagać rat wpłaconych do banku przez ostatnią dekadę. Według Cezarego Stypułkowskiego w takim skrajnym scenariuszu koszty dla jego banku mogłyby sięgnąć 15 mld zł. W końcu ub.r. fundusze własne mBanku wynosiły 16,5 mld zł.
W sektorze promotorem przewalutowania jest PKO BP