W najważniejszych rodzajach kredytów, jakie zaciągają gospodarstwa domowe, odsetek niespłacanych na czas zobowiązań w minionym roku niemal się nie zmienił – wynika z danych Biura Informacji Kredytowej. Nieznacznie wzrósł w przypadku pożyczek gotówkowych (z 12,8 proc. portfela na koniec 2019 r. do 13,1 proc. w grudniu 2020 r.). W kredytach ratalnych pozostał na poziomie 9,6 proc. W mieszkaniowych zmalał o 0,1 pkt proc., do 2,7 proc.
– COVID-19 pomimo wcześniejszych obaw nie wpłynął na pogorszenie jakości kredytów dla gospodarstw domowych. Wpływ na to miały dwa działania. Po pierwsze, pomoc publiczna w ramach tarcz finansowych, która zobowiązała firmy korzystające z tarczy do niezwalniania pracowników – co w dużej części zahibernowało rynek pracy. Po drugie, sektor bankowy z własnej inicjatywy zaproponował moratoria kredytowe na trzy, a nawet sześć miesięcy zawieszające spłaty – mówi Mariusz Cholewa, prezes BIK.
Jak zadziałał efekt moratoriów na spłaty, widać na przykładzie indeksu jakości gotówkowych kredytów konsumpcyjnych. Indeks to procentowy udział kredytów, które wpadły do grupy należności przeterminowanych o 90 dni w konkretnym miesiącu, w portfelu kredytów obsługiwanych w danym miesiącu. W marcu, gdy wybuchła pandemia, indeks wzrósł do 4,3 proc. z 4 proc. miesiąc wcześniej. W czerwcu doszedł do 4,6 proc. Ale też wtedy banki udzieliły najwięcej moratoriów, co poprawiło statystyki. Już w lipcu udział należności opóźnionych w spłatach spadł do 4,3 proc., w sierpniu do 3,8 proc. Ponieważ banki udzielały moratoriów na 3–6 miesięcy, to ponowne pogorszenie portfela widać dopiero w danych za grudzień. Część klientów, która wraca do spłacania zobowiązań, robi to z opóźnieniem. Ale – co podkreśla BIK – niewielka część.
Reklama
– Z naszych obserwacji wynika, że 95 proc. kredytobiorców, którym skończył się okres zawieszenia spłaty, wraca do normalnej spłaty. Ponadto w ramach działań legislacyjnych uchwalono dodatkowe ustawowe moratoria dla klientów indywidualnych – zwraca uwagę Mariusz Cholewa.
Najgorzej wygląda jakość pożyczek pozabankowych. Na koniec ubiegłego roku należności z co najmniej trzymiesięcznym opóźnieniem w spłacie stanowiły 43,4 proc. portfela. Rok wcześniej było to 33,9 proc.

Reklama
Choć dane za 2020 r. są niezłe, to bankowcy boją się psucia kredytów w tym roku. Z badania przeprowadzonego przez firmę Kantar na zlecenie Związku Banków Polskich wynika, że 56 proc. szefów placówek bankowych spodziewa się, że liczba należności zagrożonych zwiększy się w 2021 r. To ponad dwa razy więcej niż przed rokiem.
Przyczyn tego pesymizmu może być kilka. Pierwsza: pandemia uwypukliła różnice pomiędzy poszczególnymi bankami. Najbardziej ryzyka opóźnień obawiają się te, które mają w swoich portfelach dużo kredytów dla firm. Druga przyczyna to duży wzrost tzw. kredytów pod obserwacją. Banki z automatu szczególnym nadzorem obejmują należności od zagrożonych branż – np. hoteli, restauracji – choćby same kredyty były spłacane regularnie. Każdy bank indywidualnie decyduje, jaki rodzaj kredytu ma się znaleźć w tzw. drugiej fazie.
– W pierwszych dziesięciu miesiącach ubiegłego roku poziom kredytów pod obserwacją zwiększył się o ok. 26 proc. A mówi się, że to właśnie one są wylęgarnią złych kredytów – wskazuje Krzysztof Pietraszkiewicz, prezes ZBP. Według niego być może sektor będzie się musiał zmierzyć z restrukturyzacją portfela, gdy przyznawane moratoria zaczną wygasać.
– Jest jeszcze inny aspekt. Od II kwartału 2018 r. powtarzamy, że naszym zdaniem potrzebne jest utworzenie w Polsce podmiotu zarządzającego aktywami, który przejąłby pewną pulę kredytów nieregularnych czy straconych, w sposób cywilizowany, rozważny, jak się to dzieje w wielu krajach Europy Zachodniej. Tam po kryzysie finansowym zbudowano takie spółki i uwolniono w ten sposób banki od złych kredytów, dzięki czemu uzyskały one większą zdolność do finansowania gospodarki – mówi szef ZBP.

Wartość kredytów, których opóźnienie w spłacie w danym miesiącu osiągnęło 90 dni (w mln)

Europa dmucha na zimne

Pandemia nie wywołała bezpośrednio fali złych kredytów w bankach na naszym kontynencie. Mimo to na forum Unii Europejskiej trwają prace nad tym, jak zapobiec pojawieniu się jej w najbliższej przyszłości. W połowie grudnia Komisja Europejska przedstawiła strategię, której celem jest zniwelowanie ryzyka, jakie wiąże się z niespłacanymi kredytami. Dla KE najważniejsze jest utrzymanie ciągłości kredytowania gospodarki przez banki, co byłoby trudne, gdyby portfele ich kredytów zaczęły się szybko psuć.
Plan, który w poprzednim tygodniu omawiali unijni ministrowie finansów na Radzie ECOFIN, ma cztery najważniejsze punkty. Pierwszy to dalszy rozwój rynków wtórnych aktywów zagrożonych. Ma to pozwolić bankom na usunięcie kredytów zagrożonych z bilansów. Zakładana jest jednocześnie wzmocniona ochrona dłużników. Drugim jest zreformowanie unijnych przepisów dotyczących niewypłacalności przedsiębiorstw i odzyskiwania należności. Według KE pomoże to ujednolicić zasady dotyczące niewypłacalności w całej UE i zwiększyć pewność prawa.
KE chce również wspierać tworzenie spółek zarządzania aktywami, tzw. AMC (asset management company). Miałyby być to podmioty skupujące od banków złe kredyty. Zdaniem Komisji przydałaby się koordynacja na poziomie UE tworzenia AMC przez kraje członkowskie. Bruksela deklaruje, że jest gotowa wspierać członków Unii w tym procesie, o ile będą go chcieli u siebie wdrożyć. AMC, skupując aktywa złej jakości, odblokowywałyby dalsze kredytowanie gospodarek krajów członkowskich.
Ostatni punkt strategii przeciwdziałania skutkom złych kredytów zakłada umożliwienie krajom UE udzielania pomocy publicznej bankom, gdyby te ugięły się pod ciężarem złych kredytów. KE co prawda przyznaje, że na razie sektor bankowy jest w znacznie lepszej kondycji, niż w czasie kryzysu finansowego sprzed ponad dekady, ale lepiej dmuchać na zimne: kraje członkowskie będą mogły wdrożyć „zapobiegawcze środki wsparcia publicznego”, przestrzegając jednak przy tym dyrektywy o restrukturyzacji i uporządkowanej likwidacji banków oraz trzymając się zasad dotyczących stosowania państwowej pomocy.