Polskiej giełdzie wciąż daleko do poziomów sprzed ataku koronawirusa, za oceanem entuzjazm przeplata się z obawami.
DGP
Standard & Poor’s 500, główny indeks giełdy w Nowym Jorku, znalazł się przed weekendem o jedną trzecią wyżej niż w drugiej połowie marca, w momencie najgłębszego spadku spowodowanego informacjami o wpływie COVID-19 na amerykańską i światową gospodarkę. To oznacza, że w porównaniu z końcem ubiegłego roku S&P500 jest już niżej o mniej niż 10 proc. Na naszej giełdzie dołek głównego indeksu miał miejsce tydzień wcześniej niż w Ameryce. Od tego czasu WIG20 zyskał niemal 30 proc., ale wciąż jest o jedną czwartą niżej niż w końcu ub.r. Gorzej wypada tylko kilka giełd na całym świecie: grecka, hiszpańska czy rosyjska.
Amerykanom bardziej niż nam zależy na dobrej kondycji giełdy, bo tam ma ona większe znaczenie. Rynek kapitałowy w większym stopniu niż u nas jest odpowiedzialny za finansowanie rozwoju firm. Trafia na niego większa niż u nas część oszczędności, w efekcie mocniej wpływa na poziom zamożności.
Łączne aktywa finansowe gospodarstw domowych w Polsce wynosiły w końcu 2019 r. niespełna 98 proc. produktu krajowego brutto. Na akcje spółek giełdowych przypadało 2,6 proc. PKB (mniejszy odsetek był w siedmiu krajach unijnych, wszystkich z naszego regionu). W Ameryce zależność gospodarstw domowych od rynku kapitałowego jest wielokrotnie wyższa. Prezydent Donald Trump regularnie porusza temat giełdy na Twitterze, czyli w najchętniej przez siebie wykorzystywanym kanale komunikacji. Tak stara się m.in. wymuszać aktywność Rezerwy Federalnej, czyli banku centralnego USA. U nas w trakcie kampanii prezydenckiej rynek kapitałowy budził znikome zainteresowanie kandydatów. W trakcie ubiegłotygodniowej debaty zorganizowanej przez TVP o giełdzie wspomniał jeden z mniej liczących się pretendentów na urząd szefa państwa.
W Stanach Zjednoczonych pieniądze wpuszczane w gospodarkę przez bank centralny w głównej mierze wsparły właśnie rynek kapitałowy – przede wszystkim obligacji, ale przełożyły się również na notowania akcji. Od początku marca bilans Rezerwy Federalnej powiększył się o niemal 2,5 bln dol. W minioną środę przekroczył 6,7 bln dol. Amerykanom zależy na „płynnym funkcjonowaniu rynków finansowych”. Dostarczają płynności nie tylko krajowym instytucjom, ale też bankom centralnym w innych krajach. Inwestorzy, którzy uzyskują dostęp do dolara, mogą wykorzystać gotówkę na zakupy akcji na giełdzie nowojorskiej.
Amerykańskiej giełdzie sprzyja też, że to właśnie tam są notowani światowi giganci technologiczni, na których usługi popyt nie zmalał, a w wielu przypadkach wzrósł – jak Facebook, Google czy Netflix. Nasdaq – amerykański indeks skupiający spółki bazujące na wysokich technologiach – to jedyny spośród najważniejszych wskaźników koniunktury na giełdach, który w tym roku jest na plusie.
Do tego dochodzą nadzieje związane z ponownym otwarciem gospodarki. Dotąd były one na tyle silne, że giełdy rosły nawet w momencie publikacji tak złych informacji, jak ubiegłotygodniowe dane z amerykańskiego rynku pracy (stopa bezrobocia urosła do 14,7 proc., najwyższego poziomu od ośmiu dziesięcioleci, liczba pracujących w ciągu miesiąca skurczyła się o ponad 20 mln). Początek wczorajszego dnia pokazał jednak, że entuzjazm inwestorów może łatwo przygasnąć – gdy pojawiły się obawy, że otwarcie gospodarek może oznaczać nową falę pandemii na świecie, a więc ryzyko dalszego pogorszenia koniunktury – ceny akcji poszły w dół.
U nas również ma miejsce „ilościowe luzowanie” polityki pieniężnej. Jak dotąd służy ono jednak przede wszystkim poprawie płynności sektora bankowego oraz ułatwieniu w pozyskiwaniu środków przez budżet i państwowe instytucje takie jak Polski Fundusz Rozwoju czy Bank Gospodarstwa Krajowego. Te zaś są transferowane do firm z problemami płynnościowymi. Z pomocy skorzystać mogą także spółki giełdowe, co korzystnie wpływa na ceny ich akcji.
Tak jak struktura spółek na giełdach amerykańskich korzystnie wpływa na notowania tamtejszych indeksów, tak u nas ten wpływ jest niekorzystny: banki mają zdecydowanie większy udział w kapitalizacji naszej giełdy niż producenci gier komputerowych. Indeks producentów gier zyskał od początku roku 45 proc. Notowania banków zmieniły się w podobnym stopniu – tyle że na minus.