Dokładnie rok temu bitcoin był na szczycie swojej popularności, a jego cena sięgała blisko 20 tys. dol. W ciągu roku jego wartość spadła o ok. 80 proc. Ale nie to jest kluczowe. Ważniejsze, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy bitcoin poniósł kompletną porażkę jako domniemany pieniądz.
Reklama
Osobiście nigdy nie wierzyłem w to, że będzie pieniądzem przyszłości i już rok temu pisałem, że to wynalazek kompletnie do niczego nieprzydatny i absurdalny. Ale u szczytu popularności niektórzy mogli wierzyć w to, że będzie inaczej. Dzisiaj widać wyraźnie, że bitcoin jest po nic i poniósł porażkę także jako koncepcja intelektualna.
Oczywiście bitcoinem można płacić. Można kupić pizzę przez internet i zapłacić kryptowalutą. Nie mam wprawdzie pojęcia, dlaczego ktoś miałby najpierw wymieniać oficjalne pieniądze (za które można kupić pizzę) na bitcoina i dopiero potem płacić tym bitcoinem, ponosząc po drodze dość spore koszty transakcyjne, ale nie da się ukryć, że to możliwe.
Pojedyncze transakcje można bowiem regulować w sposób dowolny. Jeśli strony transakcji dojdą do wniosku, że będą się rozliczać pustymi puszkami po napojach gazowanych albo muszelkami, to nikt im nie zabroni. Ale nie oznacza to, że muszelki są pieniądzem. Chyba że rozliczanie transakcji za ich pomocą stałoby się powszechne. Przydałoby się też, żeby muszelki nadawały się do tego, żeby przechowywać wartość w czasie. Aby tak się stało, najpierw ludzie musieliby w to uwierzyć. Pomogłoby, gdyby rząd ogłosił, że z nim też można się rozliczać muszelkami – płacić nimi podatki i składki ubezpieczeniowe. Ale tak się nie dzieje.
Z tego też powodu bitcoin to dzisiaj muszelki. Nawet w okresie największej popularności nie stał się powszechny. Miejsc, w których można nim płacić, jest niewiele. Liczba osób, które nim płacą za cokolwiek, też raczej nie rośnie. Dolary, złote, euro czy ruble, które musimy sprzedać, żeby kupić bitcoiny, nadal są popularniejsze niż sam bitcoin. Może to dlatego, że kruptowaluta nie oferuje nikomu żadnej nowej cechy, która byłaby lepsza od cech, które mają pieniądze teraźniejszości.
To, że maksymalna liczba bitcoinów w obrocie jest odgórnie ustalona i nie da się jej przekroczyć, to jego ogromna wada, a nie zaleta. Gospodarka, która się rozwija, potrzebuje także większej ilości pieniądza, aby można było za ich pomocą zawrzeć coraz większą liczbę transakcji o coraz większej wartości. Jeśli pieniędzy jest ciągle tyle samo, to gospodarka nie jest w stanie rosnąć. Chyba że wzrostowi towarzyszyć będzie nieustanny spadek cen, czyli deflacja.
Niestety perspektywa nieustannego spadku cen nie zachęci ani przedsiębiorstw do inwestowania (trudno będzie zarobić, skoro wszystko, co wyprodukujemy, będzie taniało), ani konsumentów do konsumowania (po co kupować dzisiaj, skoro za pół roku będzie taniej). Dlatego deflacje prowadzą do poważnych kryzysów gospodarczych i dlatego bitcoin i każdy inny pieniądz o ustalonej z góry i niezmiennej podaży byłby dla gospodarki katastrofą.
Druga domniemana przewaga bitcoina nad dzisiejszymi pieniędzmi, czyli jego decentralizacja i brak banku centralnego, także jest wadą, a nie zaletą. Bank centralny, posiadający moc tworzenia pieniądza z niczego w zależności od potrzeb, może dość łatwo zapobiegać kryzysom i panikom, w których ludzie nagle koniecznie chcą zamieniać majątek na gotówkę (swoją drogą: bitcoin w ogóle nie ma formy papierowej gotówki, co także nie jest zaletą).
Nie będąc pieniądzem, bitcoin pozostaje instrumentem finansowym notowanym na wielu giełdach świata. W związku z tym, że jest wynalazkiem raczej bezsensownym, nie ma żadnej wartości fundamentalnej – nie da się oczekiwać, że będzie przynosił w przyszłości jakieś dochody, na przykład w postaci odsetek, czynszu albo dywidend. Nie ma też żadnego zastosowania w realnej gospodarce, tak jak ropa naftowa, miedź czy nawet złoto.
Ale świetnie nadaje się do spekulacji – i do niczego poza tym. Choć w związku z tym, że nie ma wartości fundamentalnej, trudno też mówić, że jest bańką spekulacyjną. Bańkę mamy wtedy, gdy wartość rynkowa jakiegoś instrumentu finansowego odrywa się nadmiernie od jego wartości fundamentalnej. Bitcoin nie ma od czego się odrywać i do czego potem wracać. Dlatego może kosztować 20 tys. dol., a rok później 4 tys. Za rok będzie mógł kosztować 40 dol. albo też równie dobrze 40 mln dol. Zależy to tylko od tego, czy bardziej zdeterminowana będzie strona popytowa, czy może jednak przeważy determinacja strony podażowej inwestującej w zbijanie kursu. Ewentualnie od tego, czy na zasadzie piramidy finansowej uda się zwabić na ten rynek kogoś nowego z nowym kapitałem (taki był mechanizm wzrostu wartości bitcoina w 2017 r.).
Bitcoinowi nie udało się zostać pieniądzem, bo współczesna gospodarka nie potrzebuje nowego pieniądza. Te, które mamy dzisiaj, są wystarczająco dobre. Bitcoin pozostaje tylko spekulacyjnym grajdołkiem. Z muszelkami.