Blisko 1,2 mld zł mniej zarobili w ubiegłym roku indywidualni giełdowi inwestorzy. W zeznaniach podatkowych za 2012 rok wykazali niespełna 4 mld zł dochodów, podczas gdy rok wcześniej było to ponad 5 mld zł.

Niższy był tym samym podatek odprowadzony do państwowej kasy – sięgnął około 700 mln zł. Za 2011 rok inwestorzy musieli odprowadzić blisko miliard złotych.

Łączne straty wykazane w deklaracjach podatkowych wyniosły nieco powyżej 2,1 mld zł wobec prawie 2,65 mld zł rok wcześniej. Inwestorom pomogła korzystna sytuacja na giełdzie (główny indeks WIG20 wzrósł w 2012 roku o jedną piątą).

Najwięcej na obrocie papierami wartościowymi zarobili mieszkańcy Warszawy i okolic – ponad 1 mld zł. Dla porównania – dochód inwestorów z Podlasia to niespełna 50 mln zł. W stolicy odnotowano też rekordowy dochód wykazany w PIT 38, sięgający 245 mln zł. Podatek od tej sumy wyniósł prawie 6 mln zł. Oznacza to, że ubiegłoroczny giełdowy rekordzista rozliczał w zeznaniu straty poniesione na rynku kapitałowym w poprzednich latach.

Szósty chudy rok

– Trudna sytuacja na giełdzie trwa już szósty rok – zaznacza Adam Ruciński, inwestor giełdowy, były członek Rady Giełdy. – Euforia związana z osiąganiem wysokich zysków na obrocie akcjami minęła, gdy nastał kryzys i giełda się załamała, część inwestorów poległa i już na parkiet nie wróciła. Stąd mniejsze obroty indywidualnych graczy i niższe ich dochody – dodaje.

Zdaniem Jarosława Janeckiego, głównego ekonomisty Societe Generale, do powrotu do inwestowania na giełdzie skutecznie zraził inwestorów fakt, że w 2012 roku bardzo wolno odrabiała ona straty. – Bardzo duży odpływ inwestorów miał miejsce w 2011 roku, potem nie wydarzyło się nic, co zachęciłoby ich do powrotu – uważa Janecki.

Ruciński tłumaczy, że dobre pod względem zarobków lata 2011 i 2010 mogły wynikać z faktu pogoni za gotówką – inwestorzy starali się wykorzystywać wzrosty cen akcji do tego, żeby się ich pozbyć. – Ci, którzy zostali, rok później mieli możliwość osiągnięcia całkiem niezłych zysków na WIG20 i surowcach – wyjaśnia były członek Rady Giełdy.

Brak dużych debiutów

Grzegorz Łętocha, prezes Związku Maklerów i Doradców, zgadza się, że wysokie stopy zwrotu sprzyjały zyskom giełdowych graczy. – Jednak jeśli spojrzymy na poziom obrotów na parkiecie, sytuacja nie wygląda już tak różowo – twierdzi. – W ubiegłym roku odnotowaliśmy 25-proc. spadek w tym zakresie na warszawskiej giełdzie. Bez obrotu nie ma kalkulacji podatku ani dla inwestorów, ani dla fiskusa. Trzeba bowiem kupić i sprzedać akcje, aby był obrót i powstał obowiązek podatkowy – wyjaśnia.

Jedną z przyczyn odwrotu inwestorów indywidualnych od naszej giełdy był brak spektakularnych debiutów. W 2012 r. nie odnotowano żadnego tak dużego wydarzenia, jakim we wcześniejszych latach były np. wejścia na giełdę PZU czy PKO BP.

Wybierali obligacje

Odpływ inwestorów z giełdy można też tłumaczyć boomem, jaki w ubiegłym roku miał miejsce na rynku obligacji. – Z naszych szacunków wynika, że w 2012 roku z czysto akcyjnych funduszy odpłynęło około 800 mln zł – wylicza makler z jednego z dużych domów maklerskich. – Do funduszy obligacyjnych napłynęło zaś od 12 do 15 mld zł. Tak więc inwestorzy całą wolną gotówkę lokowali właśnie w obligacjach, tak skarbowych, jak i korporacyjnych – dodaje.

W jego ocenie zła sytuacja na rynkach finansowych w poprzednich latach, zawirowania na giełdach skutecznie odstraszyły inwestorów od inwestowania w niepewne akcje. – Dla nich atrakcyjniejszym produktem były obligacje, bo wiązały się z niższym ryzykiem lokowania pieniędzy i całkiem niezłą stopą zwrotu – uważa makler.

Rekord: 245 mln zł na giełdzie zarobił mieszkaniec Warszawy