Jakie są pana oczekiwania dotyczące wzrostu PKB Polski w tym roku?

Polsce udało się uniknąć recesji – jak dotąd. To oznacza tyle, że punkt startowy macie najlepszy w Europie. Ale są dwa czynniki ryzyka: lenistwo polityków gospodarczych i zależność od innych krajów europejskich – choć tu od Polski niewiele zależy.

Na rynku przeważa opinia, że PKB wyniesie ponad 1 proc. i że druga połowa roku będzie lepsza od pierwszej. Moim zdaniem na mówienie o tym, że Polsce udało się uniknąć recesji, jest jeszcze za wcześnie. Właśnie końcówka tego i początek przyszłego roku będą najtrudniejsze.

Dlaczego?

Kluczowe będą wrześniowe wybory w Niemczech. Oczywiście Angela Merkel je wygra, ale nie będzie miała rządu większościowego. To będzie miało konsekwencje dla dalszego rozwoju sytuacji w całej Europie.

Jak w takim razie będzie wyglądała sytuacja na naszym rynku finansowym?

Rynek oczekuje, że w ciągu kilku miesięcy bank centralny obniży stopy procentowe o 50 pkt bazowych. Moim zdaniem niedługo te oczekiwania znacznie wzrosną i inwestorzy będą się spodziewać, że to będzie nawet 100 pkt. Nie chcę przez to powiedzieć, że obniżki w tej skali faktycznie nastąpią, ale to właśnie oczekiwania będą decydujące dla sytuacji na rynku.

Co będzie się działo ze złotym?

Nie jestem od tego, by przedstawiać konkretne prognozy. Ale moim zdaniem rysują się następujące scenariusze: temu, że złoty pozostanie na poziomie zbliżonym do obecnego, dawałbym jakieś 20 proc. szans realizacji. Na większe umocnienie, przekraczające 5 proc., w ogóle bym nie liczył.

A więc spodziewa się pan osłabienia. Jak dużego?

Jeśli w grę wchodzić będą wyłącznie czynniki wewnętrzne – słabość polskiej gospodarki – to złoty straci nie więcej niż 20 proc. Jeśli do tego dołączy się kolejna fala kryzysu w Eurolandzie – o znaczeniu niemieckich wyborów już mówiłem – to spadek może być większy. Oba spadkowe scenariusze dla złotego są moim zdaniem tak samo prawdopodobne.

Na czym w takim razie polscy inwestorzy mogą zarobić?

Scenariusze makroekonomiczne dla wyboru inwestycji nie mają większego znaczenia. Jeśli portfel podzielilibyśmy na cztery równe części: akcje, obligacje, surowce i gotówkę, i co trzy miesiące równoważylibyśmy go, ograniczając udział tych aktywów, które w poprzednim kwartale zyskały na wartości, to w ostatnich kilkudziesięciu latach uzyskalibyśmy średnio 9-proc. roczną stopę zwrotu.

W obecnej sytuacji zaś jeśli ktoś jest przywiązany do inwestycji w akcje, to wydaje mi się, że najrozsądniejsze byłoby skupienie się na rynkach zagranicznych. Być może kursy akcji za granicą nie urosną, ale jest duża szansa na zyski na różnicach kursowych.

Giełdy na świecie rosną – m.in. pod wpływem programów ilościowego luzowania polityki pieniężnej w głównych gospodarkach.

Ja uważam, że one powinny być jak najszybciej zakończone. One działają jak opatrunek złamanej ręki – pomaga, ale dopóki opatrunku się nie zdejmie i nie zacznie ręki naprawdę ćwiczyć, dopóty nie ma szans na jej powrót do sprawności. Przekładając to na gospodarkę: odejście od luzowania ilościowego spowodowałoby wprawdzie spadki cen różnych aktywów, ale później mielibyśmy szanse na zdrowsze wzrosty.

Widać już, że koszty ratowania kolejnych gospodarek stają się zbyt duże. Z tej perspektywy 2013 r. może być kluczowy dla przezwyciężenia kryzysu finansowego.