Co w Polsce rośnie teraz najszybciej? Koszty obsługi długu Skarbu Państwa. Autorem tekstu jest dr Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu.

Kryzys… pandemia… wojna… Wiadomo, można się odwoływać do wielu wyjaśnień obecnego stanu rzeczy w gospodarce. Nie chodzi jednak o to, by wykłócać się do upadłego o przyczyny, dla których na przełomie lat 2023 i 2024 polska gospodarka stoi wobec wyzwania prawie zerowego wzrostu, przekraczającej 2–3-krotnie cel inflacyjny uporczywej inflacji, wysokich w związku z tym kosztów finansowania i szybko rosnących kosztów obsługi długu. Dlaczego nie warto? Bo szkoda na to czasu. Rzetelna diagnoza nie budzi przecież większych wątpliwości.

Na czym stoimy w finansach publicznych

Poprzedni rząd, po burzliwych dla światowej gospodarki ośmiu latach, zostawił następcom gospodarkę z zerowym wzrostem i inflacją trwale, bo nawet do 2028 r. według ostatniej edycji World Economic Outlook IMF, przekraczającą cel NBP. Skumulowana inflacja konsumencka w latach 2019–2023 przekroczyła zaś 42 proc.

Dług publiczny, według własnych szacunków poprzedniego rządu, ma rosnąć, zbliżając się do 60 proc. PKB w 2026 r. I nie jest dziś wcale zbyt trudno odpowiedzieć na pytanie: co w Polsce rośnie teraz najszybciej? To koszty obsługi długu Skarbu Państwa. Rosły one na początku IV kw. w imponującym tempie 87,5 proc. r/r i były o 21 mld zł wyższe niż przed rokiem, sięgając w październiku kwoty 45,1 mld zł. W całym 2023 r. Polska odda wierzycielom nawet więcej niż przewidywane w znowelizowanym budżecie 62 mld zł. Tymczasem prognoza całorocznych dochodów z CIT sięga 77,6 mld zł. A ponieważ dynamika CIT r/r spadała i będzie spadać jeszcze bardziej, bo rentowność firm mocno się kurczy – to z całego zebranego przez państwo podatku korporacyjnego, po potrąceniu kosztów obsługi długu, na wydatkowe szaleństwa zostało nam w 2023 r. jakieś 5 mld zł.

dr Janusz Jankowiak / Materiały prasowe / dr Janusz Jankowiak

Oznacza to, że opodatkowane w Polsce firmy z trudem dają radę pokrywać rosnące koszty obsługi państwowego długu. To niezbyt zdrowe proporcje, bo potrzeby finansowania innych wydatków są nie tylko pilne, lecz także ogromne.

I bardzo usilnie proszę, żeby nie wyciągać z tego wniosku, że przedsiębiorstwa powinny płacić wyższe podatki. Zalecam raczej chwilę namysłu. Na przykład nad powtarzanymi zbyt często bezrefleksyjnie hasłami o tym, że „mamy niskie zadłużenie w relacji do PKB” albo że „nasze finanse publiczne są w doskonałym stanie”.

Deficyt sektora finansów publicznych, według metodologii unijnej, sięgnie obecnie ok. 6 proc. PKB, a w 2024 r. będzie wciąż wynosił ponad 5 proc. PKB. Antycyklicznej stabilizacyjnej regule wydatkowej (SRW) wyrwano w ostatnich latach wszystkie zęby. Bez pilnej naprawy nikogo ona już teraz nie ugryzie.

Deficyt strukturalny (oczyszczony z efektów cyklicznych), według ostatniej edycji „Fiscal Monitor” IMF, z obecnych 5 proc. PKB ma się obniżyć w 2028 r. do 4 proc. PKB. Jest to wielkość cztery razy przekraczająca rekomendowaną przez KE wysokość, która pozwala ocenić stan finansów publicznych jako stabilny.

Polska może zostać objęta w 2024 r. przez KE procedurą nadmiernego deficytu (EDP), z której nie da się wyjść bez dużego wysiłku po stronie dostosowań w polityce fiskalnej. Zapowiadanej – m.in. przez Mateusza Morawieckiego – akceptacji KE dla wyłączenia wydatków obronnych poza szacunki brane pod uwagę przy obejmowaniu Polski EDP nie sposób na razie znaleźć ani w modyfikacji kodu COFOG, ani w tablicach Government Finance and EDP Notification Tables. Poza tym w 4 proc. PKB polskich wydatków na obronę wydatki materialne stanowią mniej niż połowę. Dlaczego KE miałaby się zgodzić na pomijanie przy EDP 2 proc. PKB, które pochłaniają wynagrodzenia w wojsku?

W nowej perspektywie finansowej 2021–2027 dostęp do funduszy spójności został uzależniony od wypełniania rekomendacji zawartych w semestralnych przeglądach krajowych polityk przez KE. Lekkie traktowanie tych zaleceń i realizacja obietnic rządowych kosztem spowolnienia konsolidacji fiskalnej przechodzą właśnie na naszych oczach do historii.

Podgryzani przez inflację

Przy bilansowaniu stanu polskiej gospodarki trudno pominąć milczeniem najniższą w okresie posttransformacyjnym stopę inwestycji plasującą się już poniżej 17 proc. PKB.

Stopa bezrobocia jest niska, bo rynek pracy w ostatniej dekadzie bardzo się zmienił, głównie za sprawą demografii i przesunięcia popytu i podaży w stronę usług. Tak jest wszędzie na świecie.

Brak inwestycji i topniejący zasób pracy powodują systematyczny spadek dynamiki potencjału gospodarki, obecnie do ok. 2,5 proc., co przy cyklicznym przyspieszeniu obserwowanego PKB będzie prowadzić w przyszłości do eskalacji napięć inflacyjnych, kiedy potencjał zostanie przekroczony.

A mamy wciąż bynajmniej niezałatwione porachunki z postpandemiczną inflacją. Inflacja CPI spadała szybko w drugiej połowie 2023 r. za sprawą efektów bazowych, ingerencji fiskalnych w procesy cenowe, a także manipulacji cenowych krajowego monopolisty na rynku paliwowym.

Według moich szacunków efekty bazowe, wsparte przez Orlen, zdjęły z rocznego wskaźnika CPI w październiku ok. 1,3 pkt. proc. A później cuda się skończyły. Na luty 2024 r. przypada najsilniejszy efekt bazowy, który dołoży się do spadku inflacji CPI. Ale jak silne będą te spadki, to już zależy od ingerencji fiskalnych w procesy cenotwórcze. Zależy też od zmiany wag w koszyku inflacyjnym GUS.

Moim zdaniem nowy rząd nie powinien się wahać przed przywróceniem 5-proc. stawki VAT na podstawowe artykuły żywnościowe. Nie powinien też zamrażać cen energii i gazu na poziomach z tego roku, lecz pozwolić na ich stopniowe zbliżanie się do cen rynkowych. Kontrolować natomiast należałoby co najwyżej marże, bo w obecnym stanie rzeczy to właśnie nielimitowane marże spółek energetycznych będą przesądzać o wzroście cen energii. Przebieg ścieżki inflacyjnej w Polsce wciąż w zbyt dużym stopniu zależy od ingerencji fiskalnych w procesy cenowe. I to pilnie należy zmienić.

Spadek inflacji CPI z poziomu 6–7 proc. w pierwszym półroczu 2024 r. będzie możliwy jedynie w przypadku zachowania ingerencji fiskalnych na dotychczasowych zasadach. Obciąża to budżet, zakłóca ceny relatywne, prowadzi do suboptymalnej alokacji zasobów oraz zniekształca ścieżkę inflacji w całej gospodarce (także PPI). Ale nawet wtedy spadek CPI będzie coraz wolniejszy.

W drugim półroczu 2024 r. efekty bazowe będą już mniej istotne dla spadków inflacji, a we wskaźniku bazowym, już teraz wyższym od CPI, zaczną się odkładać wzrosty realnych wynagrodzeń (także w sferze budżetowej) oraz rosnąca dynamika PKB.

Osiągnięcie trwałych spadków inflacji w kierunku 2,5 proc. celu, bez zniekształcających ścieżkę ingerencji fiskalnych oraz bez zmiany stóp procentowych, przesuwa się obecnie poza horyzont oddziaływania polityki monetarnej. Problem inflacji w Polsce nie zniknął, jest realny i wciąż źle adresowany.

Bilans otwarcia

Gospodarka została pozbawiona bardzo potrzebnego dostępu do funduszy z KPO. Prefinansowanie z PFR nie przekroczy 5–8 mld zł, co jest wynikiem żałosnym w zestawieniu z prawie 23 mld euro funduszy dostępnych w ramach samych dotacji (bez pożyczek) z KPO. Nie wszystkie środki da się już teraz odzyskać, co oznacza wymierne straty dla gospodarki.

System podatkowy odziedziczony po ośmiu latach rządów PiS jest w stanie głębokiego chaosu po Polskim Ładzie i wymaga pilnego uporządkowania.

Pod koniec 2023 r. bilans ryzyk w polskiej gospodarce można by było podsumować tak: po stronie wzrostu gospodarczego średnioroczna dynamika PKB oscylowała wokół zera+, z perspektywą wzrostu do ok. 3 proc. r/r w 2024 r.; po stronie inflacji ryzyko plasowało się lekko poniżej konsensu prognoz, ale przy dużej niepewności związanej z przebiegiem ścieżki inflacyjnej w wyniku ingerencji fiskalnych w procesy cenowe.

Moja symulacja usunięcia w jednym kroku obecnych regulacji administracyjnych i fiskalnych wskazuje na to, że wskaźnik CPI po uwolnieniu cen energii (bez limitowania marż) i gazu podskoczyłby o ok. 2,4 pkt proc.; powrót VAT na żywność podniósłby inflację CPI o prawie 1 pkt proc. Szoki cenowe byłyby wygasające, ale średnioroczna inflacja w 2024 r. zbliżyłaby się do 10 proc. r/r, po wzroście o 11,6 proc. w 2023 r. Za to w 2025 r. inflacja CPI wyniosłaby średniorocznie ok. 4,8 proc. r/r, za to już bez ingerencji fiskalnych w procesy cenowe. Wskaźnik CPI odzyskałby wartość informacyjną przy ocenie siły presji inflacyjnej. Dziś takiej wartości jest pozbawiony.

Drugą stroną równania są dodatkowe dochody budżetu z tytułu wzrostu podatków VAT-u i CIT-u po usunięciu ingerencji administracyjnych. Szacuję je w 2024 r. na ok. 25 mld zł, bez wpłaty na fundusz wyrównywania cen przez Orlen.

To naturalnie tylko obliczeniowe symulacje. Wiemy już, że ceny energii i gazu pozostaną zamrożone co najmniej na pierwszą połowę roku. Nowy rząd prawdopodobnie nie odwoła też rozporządzenia o przedłużeniu na I kw. 2024 r. obowiązywania zerowej stawki VAT na żywność, podpisanego rzutem na taśmę przez dwutygodniowy rząd Morawieckiego. Stąd ingerencje fiskalne w procesy cenowe będą trwać także w 2024 r., obniżając czasowo ścieżkę inflacji, ale także niosąc za sobą utratę dochodów budżetu i konieczność finansowania wydatków zaciąganiem przez rząd długu.

Piłka jest wciąż po stronie rządu, jeśli chodzi o wysokość bieżącej inflacji (dominujący element fiskalny), ale sam przebieg ścieżki inflacyjnej w średnim okresie nadal zależy od banku centralnego, a precyzyjniej od funkcji reakcji większości RPP, o ile założymy brak innej poza merytoryczną podstawy dla podejmowanych decyzji.

Już w III kw. widać było, że gospodarka powoli nam się rozpędzała. Tyle że dekompozycja tego wzrostu pozostawiała wiele do życzenia. Rosnący udział konsumpcji i malejący inwestycji (w 2024 r. ich dynamika będzie poniżej tej z 2023 r.) wróżą sporo problemów. Przy dynamice obserwowanego PKB przekraczającej potencjał, rosnącym zagregowanym popycie oraz wobec wciąż obecnych w procesach cenowych ingerencjach fiskalnych inflacja utrzyma się na podwyższonych poziomach przez dłuższy czas.

Na wyrost

Poprawa ogólnych nastrojów, w tym szczególnie entuzjastyczna reakcja rynku finansowego na wynik wyborów parlamentarnych, po których nastąpiła zamiana miejsc ekipy rządowej z opozycją, była zdecydowanie na wyrost. Stopień obiektywnych trudności, w tym także tych o charakterze instytucjonalnym, z jakimi przychodzi się mierzyć nowemu rządowi, nakazuje daleko idącą powściągliwość, jeśli chodzi o oczekiwania na szybkie wyniki, zarówno w sferze realnej (wzrost i poprawa dekompozycji PKB), jak i nominalnej (inflacja, stopy procentowe).

W mojej ocenie rok 2024 wypada traktować jako rok zerowy. Chodzi o to, by w relatywnie krótkim czasie powstrzymać dobrze zidentyfikowane czynniki destrukcyjnie wpływające na równowagę makroekonomiczną: zapobiec destabilizacji fiskalnej, zapewnić transparentność finansów publicznych, skrócić czas dochodzenia do celu inflacyjnego, odbudować instytucjonalną wiarygodność, poprawić pozycję międzynarodową Polski, dać oddech przedsiębiorcom, zapewnić im stabilizację skłaniającą do zwiększenia prywatnych inwestycji.

Na średniookresową strategię gospodarczą przyjdzie nam jeszcze cierpliwie poczekać. Bo dziś w tej nowej ekipie nikt nie ma do tego głowy. I nikogo, kto miałby się tym zająć, nie widać jeszcze nawet na horyzoncie. ©Ⓟ

Moim zdaniem nowy rząd nie powinien się wahać przed przywróceniem 5-proc. stawki VAT na podstawowe artykuły żywnościowe