Część ekonomistów mówi o niekontrolowanym narastaniu zadłużenia państwa, inni przekonują, że nie ma powodów do niepokoju, a polski dług jest jednym z mniejszych w Unii Europejskiej w relacji do PKB

O zadłużaniu Polski „jak za Gierka” wielu ekonomistów mówiło za rządów Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego, dziś takie pretensje padają pod adresem ekipy rządowej Zjednoczonej Prawicy. To ciężki zarzut, bo zaciągnięte w latach 70. XX w. długi skończyliśmy spłacać dopiero u progu transformacji ustrojowej – w 2012 r. i to po ich redukcji przez wierzycieli o połowę.

Tyle że to były zupełnie inne kwoty i zupełnie inna sytuacja. W 1980 r. zadłużenie zagraniczne w walutach wymienialnych osiągnęło poziom 24,1 mld dol. (66,3 mld dol. według cen z 2011 r.). W 1989 r., po wstrzymaniu obsługi na początku lat 80., dług zagraniczny spuchł do 42,3 mld dol. (77,4 mld w cenach z 2011 r.).

Więcej, ale nie dużo

W porównaniu z obecnym stanem wydaje się to mało znaczącą kwotą, bo według danych Ministerstwa Finansów z końca października zadłużenie Skarbu Państwa (SP) w ostatnim dniu września wynosiło 1,305 bln zł, wobec 1,278 bln zł na koniec sierpnia. W kraju rząd pożyczył ponad 1 bln zł, a dług w walutach obcych wyniósł niespełna 300 mld zł.

Na poziomie retorycznym nawiązanie do Gierka może wydawać się uzasadnione, ale nawet najbardziej krytyczni ekonomiści nie porównują obecnej sytuacji ze słusznie minioną epoką. Nie tylko kwoty, lecz także okoliczności są zupełnie inne. Długi PRL, najprościej rzecz ujmując, były zaciągane na podstawie umów rządu z innymi rządami lub bankami. Obecnie wskaźnik zadłużenia obejmuje cały sektor finansów publicznych, w tym np. samorządy dysponujące dużą samodzielnością finansową. Komunistyczny PRL nie był obecny na rynkach finansowych, a złoty nie był walutą wymienialną, w związku z czym rząd, chcąc spłacać długi w dolarach, musiał pozyskać „twardą” walutę, sprzedając coś za nią za granicą. A z tym był problem, bo poza węglem niewiele polskich towarów cieszyło się zainteresowaniem w tzw. krajach dewizowych.

ikona lupy />
Materiały prasowe

Znaczenie obligacji

Dziś zadłużenie na poziomie państwa, podobnie jak w innych krajach, wynika z wyemitowanych obligacji. Większość z nich jest denominowana w złotych, chociaż zdarzają się emisje na obce rynki w euro, dolarach, a nawet np. we frankach szwajcarskich czy w japońskich jenach. Rządowe papiery kupują zagraniczni i krajowi inwestorzy, wśród których są banki i inne instytucje finansowe, ale też zwykli obywatele. Obligacje oszczędnościowe cieszą się dużym zainteresowaniem Polaków – w ostatnich miesiącach resort finansów sprzedawał obywatelom papiery po ok. 5 mld zł.

Dług ma zatem nie tylko zupełnie inną strukturę, lecz także znacznie bardziej elastyczna jest jego obsługa – nie trzeba zbierać pieniędzy na kolejne raty, gdy przychodzi termin wykupu danej serii obligacji, można zrolować dług, tzn. przeprowadzić następną emisję. Oczywiście jest to możliwe, dopóki kraj cieszy się zaufaniem rynków i inwestorzy nie żądają zbyt wysokiej premii za ryzyko, co znacznie zwiększyłoby koszty obsługi długu. Na szczęście Polska wciąż się takim zaufaniem cieszy i nic nie wskazuje, by miała przestać.

Relatywnie mało

Ważniejsza niż nominalny poziom zadłużenia, który stale rośnie, jest zdolność do jego obsługi. Najprostszym wskaźnikiem jest relacja do PKB. I tu prezentujemy się zdecydowanie lepiej. Jak podało 11 września br. w cokwartalnym raporcie o zadłużeniu sektora finansów publicznych Ministerstwo Finansów dług sektora instytucji rządowych i samorządowych wyniósł na koniec II kw. 48,4 proc. PKB. To znacznie mniej od średniego poziomu w UE. Większość państw Unii ma obecnie wyższe zadłużenie. W sześciu przypadkach jest to ponad 100 proc. PKB. Aż 13 krajów jest winnych wierzycielom więcej niż 60 proc., które jest górną granicą wskazaną w tzw. kryteriach z Maastricht. W Polsce taki próg jest zapisany w konstytucji.

Nasz rezultat wygląda szczególnie dobrze, jeśli wziąć pod uwagę gospodarcze turbulencje ostatnich lat. W 2020 r. poziom długu w relacji do PKB wzrósł do 57,2 proc., z 45,7 proc. rok wcześniej. To oczywiście przede wszystkim skutek pandemii, którą gospodarka przypłaciła potężnym wyhamowaniem, a jednocześnie wzrosły finansowane długiem wydatki na różne tarcze osłonowe.

Sytuacja jest pod kontrolą i powodów do alarmu nie ma, ale warto zachować czujność. W najbliższych latach dług będzie rósł chociażby ze względu na zawarte i zapowiadane kontrakty zbrojeniowe czy koszty inwestycji w transformację energetyczną. Zgodnie z prognozą rządową zawartą w najnowszej Strategii zarządzania długiem sektora finansów publicznych w latach 2024–2027 relacja długu publicznego w ujęciu unijnym ma przy tym pozostać poniżej progu 60 proc. PKB. Wzrosną także odsetki od tego zadłużenia, ale w niewielkim stopniu. Strategia przewiduje wzrost kosztów obsługi długu Skarbu Państwa z 1,8 proc. PKB w 2023 r. do 1,9–2,0 proc. PKB w latach 2026–2027.

Jednocześnie wiele wskazuje na to, że gospodarka wkrótce wróci na ścieżkę szybkiego wzrostu, co zwiększy wpływy do państwowej kasy, ograniczy potrzeby pożyczkowe i ułatwi regulowanie zaciągniętych wcześniej zobowiązań.

SA
ikona lupy />
fot. materiały prasowe