Muszę zacząć od wyznania: wierzę w państwo jako instytucję. Zawsze uważałam, że powinno się stawiać na publiczną edukację, gromadziłam argumenty do rozmów ze sceptykami (a takich w moim otoczeniu nie brakuje): publiczne szkoły mają lepsze boiska, są bliżej domu, z zaangażowanymi nauczycielami, uczą życia społecznego. Wierzę też w publiczny system ochrony zdrowia: przeprowadziłam niezliczone rozmowy o tym, że nie należy stawiać na nim kreski. Dentysta? Spróbuj na NFZ. Naprawdę się opłaca. Specjaliści? Warto podzwonić, na pewno gdzieś jest lepszy termin. Badania diagnostyczne? Można zrobić bezpłatnie.
To wyznanie robię nie bez przyczyny. Bo moja wiara co i rusz zostaje nadwyrężona. Nie z tego powodu, że zderzam się z rzeczywistością (choć to też), i nie z tego powodu, że mogę nie zgadzać się z ideologią prezentowaną przez rządzących. Chodzi o to, że po prostu jestem robiona – przepraszam za kolokwializm, ale trudno inaczej to nazwać – w bambuko. O edukacji pisać nie będę, bo zmiany są robione dość jawnie. Jednak przy zdrowiu mam wrażenie, że jesteśmy wpuszczani w maliny cichcem.