Po wakacyjnej przerwie dziś Europejski Bank Centralny podejmie decyzję w sprawie zmiany stóp procentowych. W lipcu podstawowa skoczyła z 0 do 0,5 proc., a obecnie ekonomiści mówią, że ruch w górę może być jeszcze bardziej zdecydowany. Argumentem za takim scenariuszem jest m.in. rekordowa inflacja, która w sierpniu w strefie euro wyniosła 9,1 proc.
Zespół doradztwa inwestycyjnego BM BNP Paribas BP spodziewa się podwyżki o 0,75 pkt proc. we wrześniu i przewiduje szybki cykl podwyżek do 1,5 proc. na koniec 2022 r. oraz do 2 proc. w I kw. 2023 r. Również ekonomiści mBanku prognozują, że podwyżka wyniesie 0,75 pkt proc. Spodziewają się też kolejnych podwyżek w dalszej części roku, choć uważają, że EBC nie będzie tak zdeterminowany jak Fed. Ich zdaniem przełom roku może przynieść przerwę w tym cyklu, a głównym argumentem będzie recesja w strefie euro.
EBC ma oprócz inflacji jeszcze jeden narastający problem – słabnącą walutę. W tym tygodniu notowania euro względem dolara znalazły się na najniższym poziomie od 20 lat. W poniedziałek za wspólną walutę płacono mniej niż 0,99 dol., a w środę kurs oscylował wokół tej granicy, co oznacza spadek o 13 proc. od początku roku. Będzie to jednym z głównych tematów, nad którymi skupi się EBC, ponieważ słabe euro może pogorszyć i tak już rekordowo wysoką inflację, podnosząc koszty importu. Podwyżki stóp procentowych co do zasady pomagają umocnić walutę, jednak w przypadku euro może to nie wystarczyć.
Reklama
Analitycy XTB uważają, że euro może mieć problemy nawet w przypadku podwyżki o 0,75 pkt proc., a ruch w górę o większej skali jest prawie wykluczony. Eksperci mówią też, że EBC może sprawić niemiłą niespodziankę. – Obawiam się, że EBC może nie spełnić „jastrzębich” oczekiwań. Ruch na stopach o 0,75 pkt proc. i zapowiedzi wdrożenia programu QT, czyli redukcji bilansu banku centralnego, byłyby niewątpliwie pewnym przełomem pokazującym, że decydenci w Europie zaczynają na serio brać się za problem wysokiej inflacji – mówi Marek Rogalski, analityk DM BOŚ. Jak podkreśla, ukrytym problemem jest też ryzyko defragmentacji na rynku długu, dotyczące zwłaszcza krajów południowej Europy. Dlatego działanie EBC raczej pozostanie w czwartek wyważone, co może rozczarować rynki finansowe. Defragmentacja w tym przypadku oznacza znaczny wzrost rentowności obligacji w niektórych krajach strefy euro w porównaniu z innymi. Analityk DM BOŚ przyznaje, że euro do dolarów od dłuższego już czasu pozostaje w trendzie spadkowym i szanse na jego zmianę nie są duże, a analiza techniczna wskazuje na spadek do 0,96 dol. – To nie pomaga złotemu, zwłaszcza w relacji do dolara, gdzie nadal duże jest prawdopodobieństwo powrotu na tegoroczne maksima przy 4,85 zł – mówi Rogalski.
Z kolei Marcin Kiepas, analityk Tickmill, przyznaje, że podwyżka o 0,75 pkt proc., jeżeli tylko zostanie wsparta odpowiednio „jastrzębią” retoryką ze strony Christine Lagarde, może lekko wzmocnić euro względem dolara i nawet umożliwić chwilowy powrót euro powyżej 1 dol. – Jednak warunkiem trwałego powrotu euro powyżej 1 dol. jest realne złagodzenie skutków kryzysu energetycznego w Europie. Bo to on w tej chwili stanowi największe ryzyko dla europejskiej gospodarki i wspólnej waluty. Jeżeli to się uda, to jeszcze przed końcem 2022 r. euro wróci w okolice 1,05 dol. Jeżeli jednak kryzys będzie narastał, powodując wyłączenie znacznej części europejskiego przemysłu zimą i silną recesję w gospodarce, to kurs spadnie do 0,90 dol. Byłaby to też bardzo zła wiadomość dla złotego, bo oznaczałaby euro po 4,75–4,80 zł na koniec roku i dolara nawet powyżej 5,30 zł – mówi Marcin Kiepas.
Goldman Sachs prognozuje, że euro osłabi się do 0,97 dol. i pozostanie tam przez następne sześć miesięcy, ponieważ kryzys na rynku gazu doprowadzi do głębszego i dłuższego skurczu gospodarczego w Europie. Z kolei analitycy Capital Economics zrewidowali swoją prognozę dla euro na przyszły rok do 0,90 dol., co oznaczałoby spadek o ok. 9 proc. z obecnych poziomów. ©℗