„Obyś żył w ciekawych czasach” – to stare chińskie przysłowie dobrze oddaje aktualną sytuację na świecie.
Piotr Kaźmierkiewicz, analityk z Banku Pekao SA / foto: materiały prasowe
Piotr Kaźmierkiewicz, analityk z Banku Pekao SA: Pocovidowe otwarcie gospodarek światowych spowodowało gwałtowny wzrost popytu, za którym podaż nie była w stanie nadążyć. Bardzo duży wpływ na dynamikę wzrostu cen na całym świecie miały problemy z łańcuchami dostaw. Prognozy inflacji na obecny i następny rok podbił kolejny poważny czynnik geopolityczny – wybuch wojny w Ukrainie. Do tej trudnej sytuacji dołożyła się polityka „Zero Covid” w Chinach, która ma potężny wpływ na łańcuchy dostaw. To wszystko skumulowało się w dość krótkim okresie, dlatego przed bankami centralnymi stanęło bardzo trudne zadanie. Z jednej strony stoją one bowiem na straży stabilności cen, ale z drugiej są także w pewnym stopniu odpowiedzialne za aktywność gospodarki. Popyt przewyższający podaż, rozgrzany rynek pracy, wzrost wynagrodzeń – to wszystko są czynniki proinflacyjne i schłodzenie gospodarki było potrzebne. Ale zawsze kluczowe jest pytanie jak bardzo restrykcyjna powinna być polityka antyinflacyjna.
Reklama
Kiedy, Pana zdaniem, zakończy się cykl podwyżek stóp procentowych? W jakiej perspektywie czasowej możemy spodziewać się kolejnych, bo inflacja cały czas rośnie.

Reklama
To jest pytanie, na które nie jest w stanie zapewne odpowiedzieć nawet sam bank centralny. Ostatnie projekcje inflacyjne NBP zakładały średnioroczną inflację na ponad 10 proc. w tym roku, PKB na poziomie 4,4 proc., przy WiBORZE na poziomie 3 proc. Stały się one nieaktualne niedługo po ogłoszeniu. To pokazuje w jak niepewnych czasach obecnie żyjemy. W przyszłym roku w Polsce ma być jedna z wyższych inflacji w Europie. Na to się składa kilka czynników. Z jednej strony RPP próbuje, poprzez podwyżki stóp procentowych, zdjąć nadwyżkę pieniądza z rynku, ograniczyć konsumpcję, schłodzić rynek pracy, zatrzymać nakręcającą się coraz bardziej spiralę płacową. Z drugiej rząd podejmuje działania idące w drugą stronę. Poprzez tarczę inflacyjną, rozluźnianie polityki podatkowej np. obniżkę PIT, pobudza konsumpcję. Szacuje się, że założenia Nowego Polskiego Ładu mogą przynieść gospodarstwom domowym ok. 30 mld zł „oszczędności” rocznie. Z drugiej strony RPP podniosła już stopy o około 5 p.p., gospodarstwa są zakredytowane na około 800 mld zł, a 1 p.p. podwyżki przekłada się na 6-7 mld zł mniej pieniędzy w portfelach. To oznacza, że w ciągu roku podwyżki zdejmują ok. 30 mld zł z budżetu gospodarstw domowych. Końcowy efekt jest zatem, póki co, zerowy. Ostatnio rząd wyszedł z propozycją pomocy kredytobiorcom, której potencjalny skutek to obniżenie oprocentowania kredytów nawet o 1 p.p. Dla RPP oznacza to cofnięcie się znowu o dwa kroki. Z jednej strony mamy NBP, a z drugiej rząd. I każdy dba o swoje cele i interesy. Rząd – o utrzymanie dynamiki wzrostu gospodarczego, dobrą kondycję gospodarstw domowych, a RPP walczy o obniżenie inflacji i przywrócenie stabilności w gospodarce. Dopóki mamy taką sytuację, stopy będą rosły. Szacuje się, że na jesieni stopy osiągną poziom 6,5 proc. Jeśli zaś rząd przestanie wyrównywać skutki działań RPP, to w czasie ok. 9 miesięcy, powinniśmy zobaczyć wyhamowanie konsumpcji i inflacji. Ale na jej spadek do celu NBP trzeba będzie poczekać nawet dwa lata. Musimy być zatem świadomi tego, że ceny już nie wrócą do poziomu sprzed kilku miesięcy.
Mamy podłoże geopolityczne i ekonomiczne tego co się aktualnie dzieje. Jaki to ma wpływ na oferty banków?
Wzrost kosztów kredytów hipotecznych i inwestycyjnych oraz wprowadzone przez banki obostrzenia w ich udzielaniu, spowodowały spadek dostępności tych kredytów. Jest to pierwszy i najbardziej namacalny efekt działań RPP. Kolejnym jest wzrost depozytów. Bank Pekao SA i kilka innych banków wprowadziło na rynek oferty lokat terminowych z oprocentowaniem 6 proc. w skali roku. Czy to początek licytacji banków na najkorzystniejsze lokaty? Trudno powiedzieć. Oprocentowanie depozytów zwykle podąża za podwyżkami stóp procentowych. Chociaż, tak jak mówiłem wcześniej, spodziewam się jesienią zatrzymania, przynajmniej tymczasowego, cyklu zacieśniania polityki monetarnej w Polsce. Do tej pory giełda i inwestycje w akcje kusiły najwyższymi stopami zwrotu. Tegoroczne spadki na giełdzie spowodowały jednak odpływ kapitału z GPW i funduszy inwestycyjnych. Spodziewam się zwiększonego zainteresowania lokatami, bo gdzieś przecież te środki będą musiały zostać ulokowane. Dużym atutem lokat jest bezpieczeństwo, a Polacy lubią korzystać z mniej ryzykownych sposobów oszczędzania. Myślę, że z tego samego powodu, wprowadzone dwa nowe rodzaje obligacji oszczędnościowych o oprocentowaniu zmiennym będą także cieszyć się sporą popularnością.
A kredyty konsumenckie?
Efekty makroekonomiczne inflacji zależą także od percepcji samych konsumentów. Ludzie zazwyczaj dążą do utrzymania swojego standardu życia. Starają się nie rezygnować ze swoich planów czy przyzwyczajeń, nawet jeśli dotyka ich wzrost cen. Obecnie Polacy w dużej mierze postrzegają inflację jako zjawisko przejściowe. Dlatego w krótkiej perspektywie, będą przyspieszać swoje zakupy, w obawie przed dalszym wzrostem cen i stóp procentowych. To potencjalnie mogłoby przełożyć się na wzrost zainteresowania kredytami konsumenckimi. Natomiast w pewnym momencie coraz większa część społeczeństwa zacznie zdawać sobie sprawę, że inflacja i wysokie ceny będą utrzymywać się na rynku nie kilka miesięcy, ale nawet kilka lat, co przełoży się na spadek konsumpcji. W dłuższej perspektywie podwyżki na pewno negatywnie odbiją się na standardzie życia Polaków. Już teraz nastroje społeczne są bardzo złe. Z analiz NBP wynika, że ocena obecnej sytuacji finansowej w gospodarstwach domowych jest poniżej covidowych dołków. Myślę natomiast, że bardziej zamożna część społeczeństwa nadal będzie konsumować, nawet kosztem oszczędności. Wiele takich osób w ostatnim czasie nadpłaciło swoje kredyty, więc mają mniejsze obciążenia budżetowe.
Czy możemy się spodziewać większej ilości ofert kredytów o stałym oprocentowaniu? Części kredytobiorców ze względu na zwiększone ryzyko, niepewność obecnej sytuacji, takie produkty bankowe mogą wydawać się wyjątkowo interesujące. Na koniec 2021 r. takie oferty pojawiały się np. jeśli chodzi o kredyty hipoteczne. Oczywiście były one odpowiednio wyżej oprocentowane.
Osobiście, obawiam się wzrostu zainteresowania takimi kredytami. W latach 2015-2019 WIBOR3M znajdował się poniżej 2 proc. i był tak stabilny, że kredytobiorca miał w zasadzie kredyt o stałym oprocentowaniu. Natomiast obecnie mamy WIBOR na poziomie powyżej 6 proc. podobny do tego z 2008 roku, czyli roku światowego kryzysu finansowego i pęknięcia bańki na rynku nieruchomości. Ludzie oczywiście boją się wzrostu kosztów kredytów, dlatego sięgają po kredyty o stałym oprocentowaniu. Ale jeśli teraz klient weźmie kredyt na stałe 8 proc. na najbliższe kilka lat, a RPP w zacznie obniżać stopy procentowe, to jak będzie się czuł kredytobiorca? Prezes NBP, Adam Glapiński, niedawno wyraził nadzieję, że pod koniec przyszłego roku Rada Polityki Pieniężnej będzie mogła przymierzyć się do obniżki stóp. Oczywiście jest to bardzo miękka deklaracja, która nie musi się zrealizować. Warto jednak już dziś zastanowić się, czy przypadkiem próbując walczyć z rosnącym kosztem kredytów, wprowadzane rozwiązania czy produkty nie przyczynią się do pojawienia się fali nowych problemów dla sektora w przyszłości.
MBI