3-proc. spadek kursu naszej waluty wobec dolara skłonił premiera do próby uspokojenia nastrojów. A u nas deprecjacja nie była duża w porównaniu z 6-proc. osłabieniem waluty rosyjskiej czy 12-proc. argentyńskiej
EMERGING MARKETS W KŁOPOTACH / Dziennik Gazeta Prawna
Na światowych rynkach finansowych ostatnie tygodnie stoją pod znakiem osłabienia walut wielu emerging markets. Na przełomie 2013 i 2014 r. wyprzedaż aktywów dotyczyła głównie odległych od nas krajów, takich jak Argentyna czy Turcja (temu krajowi część polskich inwestorów przyglądała się już z nieco większą uwagą, bo jeszcze niedawno wśród klientów naszych TFI były fundusze inwestujące na rynku tureckim, o niewielkim zaangażowaniu w tamtejsze spółki mówiły także fundusze emerytalne), ale ostatnio fala osłabienia dotarła także do nas. I była na tyle odczuwalna, że głos w sprawie kursu złotego zabrał nawet premier Donald Tusk – uspokajał, że obecnie nie ma potrzeby interwencji w obronie naszej waluty (która w najsłabszym momencie przekroczyła nieco poziom 4,25 zł za euro).
Reklama

Reklama
Jakie są źródła zamieszania na rynkach wschodzących i jak długo może ono jeszcze potrwać?

Problemem nie tylko Fed

Zdaniem Piotra Kalisza, głównego ekonomisty Banku Handlowego, powodów jest wiele. – Przyczynił się do tego start ograniczania dodruku dolara przez amerykański bank centralny. Do tego doszedł wzrost ryzyka politycznego w takich krajach jak Turcja, Ukraina czy Argentyna. Zagraniczni inwestorzy, którzy wcześniej kupili znaczne aktywa w tych krajach, zaczęli się wycofywać, co spowodowało spadki cen – tłumaczy ekonomista.
Działania amerykańskiej Rezerwy Federalnej są najczęściej wskazywane jako zapalnik obecnych problemów rynków wschodzących. Fed, który od grudnia 2012 r. co miesiąc wyrzucał na rynek 85 mld dol., skupując amerykańskie papiery skarbowe, co określa się jako ilościowe luzowanie polityki pieniężnej, już w połowie ubiegłego roku zapowiedział, że zacznie ograniczać ten skup, a w grudniu faktycznie zaczął to robić – co miesiąc zmniejsza skalę zakupów o 10 mld dol. Ograniczanie dopływu gotówki na rynek ekonomiści określają z angielska jako tapering (od angielskiego sformułowania, jakiego dla zmniejszania skali skupu obligacji użył Ben Bernanke, były szef Fed).
– Ale chodzi nie tylko o sam tapering. Jeszcze niedawno inwestorzy spodziewali się, że po zakończeniu ilościowego luzowania polityki pieniężnej przez dłuższy czas Rezerwa Federalna nie będzie podnosić stóp procentowych. Teraz takiego przekonania już nie ma, ale rynek nie bardzo jest w stanie przyjąć to do wiadomości – ocenia Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu.
Według Larsa Christensena, ekonomisty Danske Banku w Kopenhadze, wyjaśnienia zawirowań na rynkach należy jednak szukać nie w Ameryce, ale w Chinach. – Tam mieliśmy ostatnio do czynienia z wieloma słabszymi od oczekiwań danymi makroekonomicznymi, które wskazują, że chińska gospodarka spowolni. To oznacza problemy dla wielu innych krajów, głównie tych, które mają deficyty na rachunku obrotów bieżących, niestabilną sytuację polityczną albo są po prostu eksporterami surowców – wyjaśnia Christensen. – Również dla Polski. Wasz eksport do Chin jest wprawdzie niewielki, ale dużo eksportujecie do Niemiec, dla których Chińczycy są już poważnym odbiorcą – dodaje.
Ostatnia kiepska wiadomość z Chin: w poniedziałek poinformowano, że PMI – wskaźnik koniunktury w przemyśle – spadł w styczniu do 50,5 pkt z 51 pkt miesiąc wcześniej. Gdy spadnie poniżej 50 pkt, będzie sygnalizował recesję w przemyśle.

Polska stosunkowo odporna

Czy Polska będzie odporna na zawirowania na rynkach wschodzących?
– Dowody na naszą odporność mieliśmy już w minionych tygodniach, gdy osłabienie złotego i spadki cen obligacji były dość ograniczone. Pomaga nam to, że realne stopy procentowe są u nas – w porównaniu z innymi krajami – dość wysokie, a do tego ostatnio notujemy poprawę, jeśli chodzi o saldo obrotów bieżących bilansu płatniczego i przyśpieszenie wzrostu gospodarczego. Kraje, które przeżywają największe problemy, są w dokładnie odwrotnej sytuacji – ocenia Piotr Kalisz.
Lars Christensen uważa, że o ile krótkoterminowo możemy być świadkami spadku kursu złotego lub obligacji, o tyle z punktu widzenia całej gospodarki wydarzenia na rynkach finansowych nie powinny mieć żadnego znaczenia. – A jeśli Narodowy Bank Polski pozwoliłby złotemu się osłabić, to gospodarka może nawet odnieść korzyści w postaci poprawy konkurencyjności eksportu. To oznacza jednak, że NBP powinien raczej ciąć stopy procentowe, niż mówić o ich podwyższaniu – wskazuje ekonomista.
Główna stopa NBP od połowy 2013 r. wynosi 2,5 proc. (to najniższy poziom w historii). Rada Polityki Pieniężnej, która ustala wysokość stóp banku centralnego, zapowiedziała, że do połowy bieżącego roku nie będzie ich zmieniać. Coraz mocniejsze są jednak oczekiwania, że od jesieni stopy będą szły w górę.

Jeszcze kilka miesięcy

Ekonomiści, z którymi rozmawialiśmy, oceniają, że na uspokojenie sytuacji na rynkach wschodzących w najbliższym czasie nie powinniśmy liczyć.
– Nie wydaje mi się, że sytuacja szybko się wyjaśni. Uspokojenia nie będzie przynajmniej do czasu, kiedy będziemy wiedzieć nieco więcej o perspektywach rozwoju Chin – uważa Lars Christensen.
O tym, że gorsza koniunktura na rynkach wschodzących może się jeszcze utrzymywać, są przekonani Janusz Jankowiak i Piotr Kalisz.
– W najbliższych miesiącach decydujące będzie to, czy Fed będzie trzymał się ograniczania ilościowego luzowania polityki pieniężnej co miesiąc o 10 mld dol. – wskazuje Jankowiak. Jeśli w którymś momencie zrobi przerwę, inwestorzy odbiorą to jako sygnał do zakupów bardziej ryzykownych (ale też dających szanse na większe zyski) aktywów na rynkach wschodzących.
A gdy ilościowe luzowanie w USA się skończy, wszystko będzie zależało od oczekiwań dotyczących podwyżek stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. A także od faktycznych działań Fed. Główna stopa procentowa w Ameryce jest obecnie zerowa. Od kilku dni tamtejszy bank centralny ma nowego prezesa – Bena Bernanke zastąpiła Janet Yellen.
– Tak naprawdę nikt nie ma pojęcia, jak długo mogą potrwać obecne zawirowania – uważa Piotr Kalisz z Banku Handlowego. – Może to być i kilka miesięcy. W tym czasie inwestorzy zmniejszą zaangażowanie na tyle, by czuć się komfortowo także po zmianie kursu polityki pieniężnej w USA – dodaje.

Tak naprawdę nikt nie ma pojęcia, ile jeszcze potrwają zawirowania