Trzy najdziwniejsze kraje? Szwajcaria, Dania i Japonia – za sprawą ujemnych stóp procentowych. Pół świata ma stopy na poziomie zero i do tej połowy się zbliżamy. Pod koniec maja RPP obniżyła główną stopę do 0,1 proc.
Do niedawna normalność wyglądała tak: bank centralny trzymał stopy procentowe na poziomie nieco wyższym od inflacji. Ogólny poziom cen rośnie cały czas, ale jeśli polityka gospodarcza działała we właściwy sposób, to nikomu to specjalnie snu z powiek nie spędzało.
Gdy można podnieść ceny, jest łatwo. Przychody rosną. Części pracowników można dać większą podwyżkę, innym mniejszą, a tym, którzy nie zasłużyli, po prostu zostawić stawkę bez zmian. I nikt nie czuje się specjalnie poszkodowany. Mamy do spłacenia długi? Przykre, ale dzięki inflacji osiągamy nominalnie wyższe przychody, więc dotkliwość zadłużenia realnie stopniowo maleje. To ważne dla państw i bacznie śledzonego wskaźnika długu publicznego do PKB (im większa nominalnie gospodarka, tym niższy wskaźnik). Równocześnie stopy powyżej inflacji sprawiają, że ci, którzy mają oszczędności, mogą liczyć na przyzwoite wynagrodzenie. A po długi sięgają ci, którzy będą w stanie spłacać i raty, i odsetki.
Tak było normalnie, ale przyszły kryzysy i najpoważniejsze banki centralne na świecie zaczęły eksperymentować ze stopami na poziomie zerowym albo nawet ujemnym. Japończycy do zera zeszli pod koniec lat 90., gdy już prawie od 10 lat zmagali się ze stagnacją – po kilku dekadach szybkiego wzrostu gospodarka nagle stanęła w miejscu (i do tej pory nie ruszyła za mocno). Amerykanie – najpierw na początku lat 2000., gdy pękła bańka internetowa i trzeba było pomóc przeżywającym duże kłopoty funduszom inwestycyjnym. Kolejny raz „po Lehmanie”, czyli w czasie kryzysu z lat 2008–2009. Trzeci raz „po Covidzie”. W strefie euro zerowe stopy obowiązują od 2016 r. Szwajcaria do zera zeszła w 2011 r., a poniżej w pamiętnym dla frankowiczów styczniu 2015 r. (pierwsi ujemną stopę wprowadzili Szwedzi – jeszcze w 2009 r.; dotyczyła depozytów banków komercyjnych w banku centralnym; podobna stopa u nas jest dziś na poziomie zerowym).
Reklama
Zerowe albo nawet ujemne stopy procentowe powinny pomagać, gdy musimy sobie radzić z deflacją, zbyt niskim wzrostem gospodarczym albo połączeniem jednego z drugim. Banki mogą zdobyć finansowanie z banku centralnego właściwie za darmo. Niewiele drożej pieniądze dostaną firmy i/lub konsumenci. Zaczną wydawać, koniunktura zostanie nakręcona, a zamiast deflacji pojawi się inflacja.

Reklama
Tyle że w praktyce to się nie całkiem sprawdza. Jest deflacja? To może warto zaczekać z zakupami, bo za miesiąc, kwartał albo rok będzie taniej (a czy będziemy mieć pracę – nie wiadomo). Tani kredyt? Być może, ale jednak trzeba będzie go spłacić. Nie każdy go więc dostanie. Koniec końców w przypadku dużych problemów zerowe, a nawet ujemne stopy sprawdzają się średnio. Stąd pomysły na wykorzystywanie banków centralnych jako wielkich drukarni pieniędzy – wpuszczanych do gospodarki dzięki skupowi różnego rodzaju aktywów.

Dłużnik panem

Wróćmy jednak do zerowych lub ujemnych stóp. Jedna sprawa to to, jak działają na gospodarkę. Druga jest taka, że sprawiają, że padają żelazne zasady obowiązujące w finansach jako zupełny fundament a mianowicie, że dłużnik powinien zapłacić wierzycielowi za możliwość korzystania z jego pieniędzy.
Pierwsze były banki centralne. Jak ten ze Szwecji, który już pod koniec ubiegłej dekady kazał bankom, by to one płaciły mu za możliwość ulokowania w nim nadwyżek gotówki. Jeśli jest ich niewiele i wynikają po prostu z tego, że bank musi być gotowy na rozliczenie codziennych transakcji, to ujemne oprocentowanie można znieść. Minusowe stopy są jednak po to, by banki nie gromadziły nadmiaru płynnych środków, tylko próbowały wypychać je do „realnej gospodarki”, czyli firm i konsumentów.
Tych trzeba jednak również zachęcić. Na przykład w Danii już od pewnego czasu można zaciągnąć kredyt hipoteczny z ujemnym oprocentowaniem. Pierwsze informacje o zaskoczonych klientach, którzy dostawali z banku informację, że nie muszą płacić odsetek, pojawiły się niedługo po tym, jak stopy oficjalne zeszły poniżej zera. Latem 2019 r. o regularnej ofercie oprocentowania na poziomie -0,5 proc. informował Jyske Bank, trzeci co do wielkości kredytodawca na tamtejszym rynku (kilkanaście lat temu był obecny także w Polsce). Pożyczkę z taką stawką można wziąć maksymalnie na 10 lat. Inny bank – Nordea – reklamował wtedy 20-letni kredyt na 0 proc. (i 30-letni na 0,5 proc.). Podstawowa stopa procentowa w Danii wynosi obecnie -0,6 proc. (w marcu odbyła się podwyżka z -0,75 proc.).
W Niemczech „kredyty na minus” okazały się dobrym trikiem marketingowym, który z grubsza odpowiada „za pierwszym razem za darmo” u naszych firm pożyczkowych. Jak donosiła niedawno agencja Reuters, jeden z internetowych pośredników finansowych sprzedał tego typu pożyczki 100 tys. Niemców.
Jak jednak można się spodziewać, negatywne oprocentowanie zazwyczaj nie oznacza, że to bank płaci klientowi. Po pierwsze, jeśli doliczyć prowizje i opłaty pobierane przez kredytodawców, zwykle okazuje się, że klient ma jednak coś do zapłacenia. Po drugie, nawet jeśli bank jest na minusie, to nie wypłaca odsetek, tylko pomniejsza o nie wartość zadłużenia (co ma ten plus, że skraca czas spłaty lub zmniejsza kolejne raty).
Dla nas to oczywiście nie nowina, bo my już przeszliśmy fazę dyskusji, co faktycznie oznacza ujemne oprocentowanie. Wszystko za sprawą niektórych frankowiczów. W 2015 r. mocno dotknęło ich wprawdzie umocnienie franka, ale stopy procentowe w Szwajcarii zeszły wtedy do -0,75 proc. A ponieważ w okresie boomu frankowego niektóre banki były gotowe pożyczać części klientów z marżą mniejszą niż 0,75 pkt proc., to i u nas były przypadki osób, którym banki powinny dopłacać do hipotek.
Właśnie: czy powinny? Bankowi prawnicy szybko przypomnieli, że nasze przepisy mówią, że kredyt oznacza dostęp do pieniędzy za wynagrodzeniem. Nie ma więc mowy, by to bank płacił kredytobiorcy. Podejście części instytucji finansowych było takie, że oprocentowanie może zejść do zera, ale nie niżej. Ostatecznie wygrała chyba koncepcja, że gdyby było ujemne, to bank nic nie płaci, za to „antyodsetki” pomniejszają wartość zadłużenia.
Szwajcarski bank centralny mógł zejść ze stopami do takich głębin jak Dania, ale tamtejsze banki nie śpieszą się z przełożeniem tego na klientów. Przeciętne oprocentowanie dopiero na początku 2019 r. zeszło poniżej 1 proc., ale było (i jest) wciąż na plusie.

Druga strona medalu

Jeśli jednak banki dopłacają do kredytów, to czy mogą dać klientom dodatnie oprocentowanie depozytów? Nie bardzo, jeżeli zależy im na zachowaniu dochodowości. Ale rzecz jest bardziej skomplikowana. Z jednej strony opuszczanie stawek depozytów jest na krótką metę najszybszym sposobem na poprawienie wyników finansowych banku. Z drugiej – zaoferowanie depozytu na zero albo na minusie to zaproszenie klienta, by poszukał dla swoich pieniędzy innego miejsca, więc banki bronią się przed zejściem w pobliże zera, nie mówiąc już o zanurkowaniu poniżej, póki mogą. W końcu jednak to robią. Dotyka to przede wszystkim firmy z nadwyżkami finansowymi. Dlaczego? Klient indywidualny może po prostu wypłacić gotówkę z konta i w ostateczności złożyć ją w bankowej skrytce (kilka lat temu w Europie Zachodniej popyt na tę usługę zdecydowanie wzrósł). Firma co do zasady musi trzymać pieniądze na koncie. Może co najwyżej zrezygnować z depozytu terminowego na rzecz rachunku bieżącego. I na to znalazł się sposób: banki wprowadzały po prostu opłaty za utrzymywanie środków na koncie. Nawet jeśli nie nazywano tego ujemnymi odsetkami, efekt był taki sam.
Już jesienią 2019 r. pojawiły się informacje, że w Niemczech więcej niż połowa banków wprowadziła ujemne oprocentowanie dla depozytów firmowych. Z danych Europejskiego Banku Centralnego wynika, że w marcu w siedmiu unijnych krajach średnia stawka dla krótkoterminowych lokat firm była na minusie. W kolejnych 10 wynosiła 0, maksymalnie 0,01 proc.
Nie można zapominać o największym beneficjencie ujemnych stóp procentowych – o państwach. Tu znaczenie mają stopy wyznaczane przez rynek – sprzedających i kupujących obligacje czy bony skarbowe. Te zależą nie tylko od stóp, lecz również od podaży i popytu. Na ten ostatni nie można w ostatnich latach narzekać, głównie dzięki temu, że papiery te chętnie kupują banki centralne. I nie brak państw, które są w stanie wypuszczać nowe serie papierów dłużnych z rentownością, która tylko nieznacznie przekracza zero. Albo jest poniżej.
Za obligacje warte, powiedzmy, 1 mln euro, nabywcy są w stanie zapłacić więcej o tysiąc, może kilka. Na różnicy na pozór tracą, ale po pierwsze mają gwarancję, że jeśli potrzymają papier do terminu wykupu, to dostaną całą nominalną wartość należności, a po drugie – cena może jeszcze wzrosnąć, a wtedy mogą sprzedać papier z zyskiem. Z punktu widzenia państw mamy zaś pokaźne oszczędności. Jeśli kraj ma zadłużenie na poziomie 50 proc. PKB i musi płacić za nie przeciętnie 5 proc., to – w uproszczeniu – same odsetki kosztują go 2,5 proc. PKB rocznie (pamiętajmy, że zgodnie z unijnymi regułami deficyt nie powinien przekraczać 3 proc. PKB). Jeśli oprocentowanie jest zerowe – koszt jest żaden. Dzisiejsza zerowa lub ujemna rentowność nie oznacza, że dług publiczny staje się zupełnie bezkosztowy: trzeba obsługiwać obligacje wyemitowane w przeszłości, przy wyższych stopach.

Da się zejść niżej

To wszystko powoli staje się rzeczywistością i u nas. Kredyty z ujemnym oprocentowaniem już widzieliśmy, choć jako się rzekło, dzięki przyjaciołom ze Szwajcarii. Główna stopa procentowa dla złotego znalazła się na niewidzianym nigdy wcześniej nad Wisłą poziomie 0,1 proc. Stopa depozytowa, czyli ta mówiąca o oprocentowaniu nadwyżek składanych przez banki komercyjne w Narodowym Banku Polskim, od kwietnia jest zerowa. Są już banki, które klientom indywidualnym oferują stawki rzędu 0,01 proc. nawet przy depozycie dwuletnim. A na przełomie 2019 i 2020 r. zamiast płacić firmom za depozyty, niektóre banki żądały od nich opłaty za możliwość utrzymywania ich środków na kontach. Rentowność krótkoterminowych obligacji znalazła się wręcz poniżej zera.
A więc szybko idziemy w stronę świata, gdzie to dłużnik staje się beneficjentem. Ale i my mamy swoją specyfikę. To przede wszystkim podatek bankowy. W skali roku wynosi on 0,44 proc. aktywów instytucji finansowych – z wyłączeniem np. obligacji skarbowych czy papierów emitowanych przez NBP. Jego działanie w skrócie można opisać tak: jeśli różnica pomiędzy oprocentowaniem depozytu i kredytu jest mniejsza niż 0,44 pkt proc., to znaczy, że bank zgadza się dopłacać komuś do pożyczki. Ale też można argumentować, że jeśli zostawiamy w banku pieniądze na 0 proc., to z jego perspektywy wygląda to tak, że dopłaca do depozytu.
Do marca główna stopa NBP wynosiła 1,5 proc. Dlaczego już wtedy firmy musiały dopłacać do depozytów? To z kolei konsekwencja sposobu, w jaki wyliczane są opłaty ponoszone przez banki na Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Jednym z branych pod uwagę elementów jest wielkość depozytów, które w końcu roku przekraczają kwotę gwarantowaną, czyli głównie dużych lokat firm. Im więcej ma ich bank, tym większa będzie jego składka na BFG. Dlatego z punktu widzenia banków ma sens zniechęcanie klientów do „składowania” pieniędzy na rachunkach.
Jaka jest przyszłość ujemnych stóp? Nawet rekordziści nie zeszli z nimi niżej niż do -0,75 proc. Powód: gdyby były wyraźnie niżej, rosłaby popularność gotówki. Z drugiej strony, żeby faktycznie ożywić gospodarkę, trzeba by mocniejszych obniżek, bo już wcześniej stopy były bardzo niskie.
Są pomysły, jak sobie z tym poradzić. Jeden przedstawili na początku 2019 r. ekonomiści Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Według nich trzeba po prostu podzielić pieniądz na elektroniczny i gotówkowy. Temu pierwszemu bez problemu można nadać stopę rzędu np. -3 proc. Z gotówką tego samego zrobić się nie da. Można jednak ustalić kurs wymiany pieniądza gotówkowego na elektroniczny na takim poziomie, który odpowiadałby ujemnemu oprocentowaniu. Na przykład za gotówkowe 100 zł/dol./euro (waluta nie ma tu znaczenia) za rok można by kupić tylko 97 zł/dol./euro (dzisiejsze 100 zł oprocentowane na -3 proc.). Wymagałoby to od wszystkich trochę wysiłku – w sklepach podawane byłyby ceny gotówkowe i bezgotówkowe – ale według autorów bloga MFW byłoby to do zrobienia.
Zatem świat już jest dość dziwny, ale może być jeszcze dziwniejszy.