W reakcji na zabicie irańskiego generała ropa naftowa podrożała o niecałe 7 proc. i kosztuje tyle, ile we wrześniu.
Oczywiście możliwy jest dalszy wzrost notowań, jeśli dojdzie do dalszej eskalacji, ale pierwsza reakcja związana z amerykańskim atakiem na gen. Sulejmaniego jest tylko taka.
„Tylko”, ponieważ wzrost o 6,7 proc. wygląda bardzo skromnie przy tym, co działo się z ropą naftową w przeszłości, kiedy sytuacja na Bliskim Wschodzie robiła się gorąca albo pojawiało się poważne ryzyko destabilizacji. Najsłynniejsze przykłady to październik 1973 r. i tzw. embargo OPEC, kiedy to kraje arabskie w trakcie trwającej wojny Jom Kipur z Izraelem wstrzymały eksport ropy do Stanów Zjednoczonych i krajów Europy Zachodniej. W ciągu kilku miesięcy baryłka ropy podrożała wtedy o 135 proc. W czasie rewolucji islamskiej w Iranie w 1979 r. ropa podrożała nawet o 149 proc. Z kolei w 1990 r. po agresji Iraku Saddama Husajna na Kuwejt cena baryłki ropy na świecie wzrosła o 93 proc. Prawie 30 lat później – w październiku 2019 r. atak na instalacje naftowe Arabii Saudyjskiej, który spowodował większy ubytek surowca na rynkach światowych niż wspomniane wyżej wydarzenia z przeszłości, wywołał ledwie kilkudniowy wzrost ceny o 20 proc. Reakcja na śmierć Sulejmaniego jest jeszcze słabsza.
„Wcześniejsze epizody wzrostu napięcia na linii USA – Iran nie przynosiły rezultatu w postaci faktycznej eskalacji” – uważa Antoine Bouvet, jeden ze strategów rynkowych ING Group w Londynie. „Dopóki nie zobaczymy namacalnych dowodów na to, że niepewność związana z obecną sytuacją ma wpływ na tempo wzrostu gospodarczego na świecie, inwestorzy będą podchodzić do tematu raczej taktycznie” – pisze w swoim komentarzu Wei Li odpowiedzialny za fundusze inwestujące na rynkach rozwijających się w BlackRock.