Związek między cenami surowców, w tym ropy naftowej, a gospodarką, nie budzi wątpliwości. Rosnąca dynamika wzrostu gospodarczego pociąga za sobą zwyżkę notowań surowców. Obserwacja zmian makroekonomicznych i sytuacji na giełdach towarowych prowadzi jednak do pozornie sprzecznych wniosków. Jeśli spojrzeć z dłuższej perspektywy, widać wyraźne dysproporcje. Notowania ropy naftowej typu Brent, będące wyznacznikiem cen surowca na naszym kontynencie, znajdują się na poziomie o 15 proc. wyższym niż w pod koniec 2007 r., czyli w czasie zbliżania się do apogeum gospodarczej prosperity. Do porównań trudno użyć cen z 2008 r., gdy notowania ropy wahały się od historycznego rekordu, sięgającego 147 dolarów za baryłkę, do minimum na poziomie 37 dolarów. Oczywiście trudno wyliczyć, jaki poziom cen ropy czy innych surowców jest adekwatny do tempa wzrostu gospodarczego w danej fazie cyklu. Można też argumentować, że poziom PKB strefy euro w 2014 r. jest zbliżony do tego z 2008 r., więc do jego wytworzenia trzeba zużyć podobną jak wówczas ilość ropy naftowej. Intuicyjnie jednak oceniając sytuację, wydaje się że 15-proc. różnica w cenach ropy naftowej, nie ma racjonalnego uzasadnienia przy obecnym tempie wzrostu gospodarczego. Tym bardziej, jeśli dodać do tego niskie tempo wzrostu cen, rodzące obawy przed deflacją.

Bardziej logiczny obraz wyłania się z obserwacji tendencji z ostatnich trzech lat. Wyłączając silne wahania notowań ropy z pierwszej połowy 2012 r., gdy po skoku do 128 dolarów za baryłkę, mieliśmy do czynienia ze spadkiem do 89 dolarów, notowania surowca większą część czasu spędzają wahając się między 105 a 110 dolarów za baryłkę. Powyżej górnej granicy tego przedziału ceny wypychane są jedynie sporadycznie, najczęściej w wyniku wzrostu napięć geopolitycznych. Taka stagnacja na rynku surowca nieodłącznie kojarzy się z podobną tendencją w gospodarce strefy euro. O ile odpowiedź na pytanie, czy spadek cen ropy naftowej wpłynąłby pozytywnie na ożywienie w strefie euro, wydaje się oczywista, to wcale nie jest pewne, czy poprawa w gospodarce doprowadziłaby do zwyżki notowań surowca. W tych rozważaniach warto pamiętać, że rola sił rynkowych, rządzących zachowaniem się notowań ropy naftowej jest ograniczona istnieniem kartelu jej producentów, sterującego podażą, a więc także poziomem cen.

Z tego punktu widzenia bardziej klarowne są tendencje zachodzące w Stanach Zjednoczonych, coraz bardziej uniezależniających się od importu ropy i innych surowców energetycznych. Tu różnica między bieżącymi notowaniami ropy, a jej poziomem sprzed kryzysu jest o wiele mniejsza niż w Europie i wynosi zaledwie 6 proc. To najpewniej efekt wzrostu wydobycia oraz boomu łupkowego, a w mniejszym stopniu osłabienia gospodarki. Mimo to, w ciągu ostatnich trzech lat wyraźnie widoczna jest zwyżkowa tendencja notowań amerykańskiej ropy typu Crude. Od czasu załamania z jesieni 2011 r. jej ceny poszły w górę z 78 do 102 dolarów, czyli o ponad 30 proc. Sporą część tej zwyżki trzeba przypisać poprawiającej się sytuacji w amerykańskiej gospodarce. Z tego punktu widzenia szczególnie charakterystyczna jest zbieżność kierunku cen ropy i gospodarki od początku 2014 r., traktując oczywiście spadek PKB w pierwszym kwartale jako jednorazowy „wypadek przy pracy”, spowodowany wyjątkowo ciężką zimą, która jednocześnie sprzyjała zwyżce cen surowców energetycznych.

Wszystko wskazuje więc na to, że jeśli gospodarka strefy euro wejdzie w fazę ożywienia, można spodziewać się lekkiej tendencji wzrostu cen ropy. Uległby on wzmocnieniu w przypadku zwiększenia dynamiki chińskiej gospodarki. Te rachuby mogą jednak ulec radykalnej zmianie w związku z zaostrzeniem się stosunków, będącego wynikiem międzynarodowych sankcji nałożonych na Rosję. Ich eskalacja może doprowadzić do poważnych konsekwencji dla globalnej gospodarki, a wzrost cen ropy może być jedną z pierwszych tego konsekwencji.

Roman Przasnyski