Chaos, w którym pogrąża się Irak, nieuchronnie będzie się przekładał na ceny ropy naftowej na giełdach. Jeśli rebelianci z Islamskiego Państwa Iraku i Lewantu (ISIS), którzy w niedzielę na zajętych przez siebie terenach oficjalnie proklamowali kalifat, przejmą kontrolę nad całym państwem, cena baryłki może dojść nawet do 140 dol. – uważają analitycy rynku paliwowego.

Podjęta wczoraj przez iracką armię próba wyparcia rebeliantów z Tikritu spowodowała, że cena baryłki ropy brent nieznacznie spadła – poniżej 113 dol. Nie zmienia to jednak tego, że od dziewięciu miesięcy wciąż utrzymuje się ona blisko najwyższego poziomu. Rozpoczęta 5 lipca ofensywa islamistów, a w szczególności zajęcie przez nich rafinerii Baiji – największej w kraju – przyczyniło się do tego, że cena baryłki w ciągu dwóch tygodni wzrosła o prawie siedem dolarów. Tym, co jeszcze trzyma ją na w miarę akceptowalnych poziomach, jest fakt, że niemal cały iracki przemysł naftowy znajduje się na południu kraju, podczas gdy ISIS kontroluje jego północ – a także sporą część Syrii. Inna sprawa, że ten stan może się długo nie utrzymać – analitycy oceniają, że wywodzące się z Al-Kaidy ISIS jest dziś znacznie silniejsze od macierzystej organizacji i ma znacznie większe możliwości finansowe. Szacuje się, że jej majątek – w gotówce i aktywach – sięga 2 mld dol., co czyni ją najbogatszą islamistyczną organizacją zbrojną na świecie. Potrafi także skutecznie rekrutować nowych członków – również z krajów zachodnich – więc próba przejęcia kontroli nad całym krajem wydaje się kwestią czasu.

Taki scenariusz miałby poważne konsekwencje dla świata. Po amerykańskiej inwazji z 2003 r. Irak – posiadacz piątych co do wielkości złóż ropy naftowej na świecie – mozolnie odbudowywał swój przemysł petrochemiczny, osiągając w 2011 r. poziom produkcji sprzed obalenia Saddama Husajna. Obecnie Irak produkuje 3,3 mln baryłek ropy dziennie, co oznacza, że dostarcza 3,7 proc. światowej podaży i jest drugim co do wielkości producentem spośród krajów OPEC. Około 80 proc. produkcji idzie na eksport. Międzynarodowa Agencja Energii (IEA) wylicza, że Irak odpowiada aż za 60 proc. możliwości zwiększenia podaży ropy, którymi dysponuje OPEC, z kolei w długoterminowej prognozie z maja szacowała, że w największym stopniu przyczyni się do światowego wzrostu eksportu – do 2035 r. Iracka produkcja miała osiągnąć 9 mln baryłek dziennie, dzięki czemu miał się stać największym eksporterem w regionie, wyprzedzając Arabię Saudyjską. Jednak w związku z obecną sytuacją może to być trudne do zrealizowania – zresztą IEA już obniżyła o pół miliona baryłek dziennie prognozę irackiej produkcji do 2019 r.

Według analityków ewentualne przejęcie przez ISIS kontroli nad pozostałą częścią Iraku może spowodować wzrost cen ropy o jakieś 40 dol. na baryłce, czyli mogłaby ona pobić rekord poziom z 2008 r. Amerykański think-tank Securing America’s Future Energy (SAFE) szacuje, że do takiego skoku wystarczyłoby, gdyby iracka produkcja spadła o jedną trzecią. Wprawdzie nawet jeśli islamscy rebelianci zajęliby cały kraj, utrzymanie się kalifatu przez dłuższy czas nie jest możliwe, bo jego istnienie nie byłoby na rękę żadnemu z sąsiadów Iraku ani mocarstw. Nie znaczy to jednak, że pokonanie ISIS – czy samodzielnie przez armię iracką, czy z zagraniczną pomocą – załatwia sytuację. – Krótkoterminowym ryzykiem jest eskalacja przemocy i wzrost cen. Ale chaos w Iraku wpłynie także na długoterminową sytuację w całym regionie, przyczyniając się do zmniejszenia inwestycji, większej przemocy i korupcji – mówi szef SAFE Robbie Diamond. Obecny konflikt pokazuje, że irackie władze w coraz mniejszym stopniu kontrolują sytuację w kraju, a pokonanie rebeliantów nie spowoduje, że problemy Iraku – podziały religijne i etniczne oraz podatność niektórych grup społecznych na ekstremistyczne ideologie – znikną. Nie znikną zatem też czynniki wpływające na produkcję irackiej ropy, a tym samym na światowe ceny.

Pesymiści mówią, że niebawem za baryłkę będziemy płacili 140 dol.