Czwartek przyniósł kontynuację marszu w górę amerykańskich indeksów, przerywanego jedynie niewielkimi, jednosesyjnymi przystankami. S&P500 od początku lutego zyskał już prawie 8 proc. Choć ruch ten nie jest wynikiem pozytywnych sygnałów, płynących z gospodarki, nie widać też powodów, które mogłyby powstrzymać ten rajd. Amerykanie słabsze dane makroekonomiczne tłumaczą srogą zimą, mając nadzieję na wiosenne ożywienie. Wczorajsza zwyżka, sięgająca 0,2 proc., przebiegała już jednak z drobnymi zakłóceniami, świadczącymi o rosnącej chęci realizacji zysków, a dzisiejsze dane z rynku pracy mogą stać się surowym weryfikatorem optymizmu. Oczekuje się, że stopa bezrobocia utrzyma się na niezmienionym poziomie 6,6 proc., ale zwiększy się tempo tworzenia miejsc pracy. Analitycy liczą, że w sektorze pozarolniczym przybyło ich w lutym 150 tys., a więc znacznie więcej niż w poprzednich dwóch, bardzo słabych miesiącach. Kolejne rozczarowanie może być odczuwalne na rynkach.

Zaskakująco dobrze radzi sobie paryski CAC40, wzorując się na amerykańskich wzorcach i niewiele im ustępując, mimo mizerii francuskiej gospodarki. Z kolei niepokojąca może być słabość wskaźnika we Frankfurcie, który o rekordach wcale nie myśli i ma wyraźne kłopoty z przedostaniem się powyżej 9600 punktów. Zastanawiające jest też zróżnicowanie sytuacji w naszym regionie. Do spadających po 1-1,5 proc. indeksów w Kijowie i Moskwie, dołączyły też indeksy z najbliższych okolic konfliktu, czyli w Wilnie, Tallinie i Rydze. Spadkową serię kontynuuje też węgierski BUX. Od końca stycznia stracił już ponad 11 proc. To wynik niewiele lepszy niż w przypadku moskiewskiego RTS, który w tym czasie poszedł w dół o ponad 16 proc. Zadziwiająco na tym tle wygląda wskaźnik giełdy ukraińskiej, który od końca stycznia skoczył o 27 proc., wliczając w to sięgające niemal 12 proc. tąpnięcie sprzed kilku dni. Słowacy i Bułgarzy wcale się wydarzeniami na Ukrainie nie przejęli. Z zazdrością patrzymy na Wall Street, tymczasem wskaźnik w Sofii od początku grudnia nie zazdrości, tylko rośnie, o imponujące 31 proc.

Naszym indeksom ciągle coś przeszkadza. Dotyczy to szczególnie WIG20. Nie zanosi się nie tylko na to, by pobił on jakiś rekord, albo choćby zbliżył się w okolice szczytu z listopada ubiegłego roku, odległego o 160 punktów. Po OFE i Ukrainie, niedługo zacznie on cierpieć z powodu korygowania kursów akcji o wartość dywidend, a wcześniej może dostać kolejnej zadyszki, spowodowanej prawdopodobną korektą na głównych giełdach. A przecież trudno zakładać, że u naszych wschodnich sąsiadów szybko zapanuje pokój i harmonia. Skomplikowała się sytuacja w segmencie małych i średnich spółek. O ile mWIG40 wygląda dość przyzwoicie, gdyż oddalił się on od niedawnych maksimów jedynie nieznacznie, to sWIG80 ma już o wiele większe kłopoty, bowiem niedawno pogłębił dołek z początku stycznia. Wzmianka o wysokich obrotach dotyczy jedynie wskaźnika blue chips, będącego domeną większych inwestorów. „drobnica” wyraźnie wystraszyła się spadków i ma chętnych dom podbierania przecenionych akcji, niezależnie od fundamentalnej kondycji poszczególnych spółek.

W przypadku WIG20 mankamentem jest to, że w odreagowaniu z ostatnich dni uczestniczy wąskie grono spółek. W środę indeks przed spadkiem uratowały przede wszystkim mocno drożejące walory KGHM, w niewielkim stopniu wspomagane przez BZ WBK i PGE. Wczoraj rolę lokomotywy przejęły papiery Tauronu, ze wsparciem PGE, Orange i Banku Handlowego. W niełasce znalazły się firmy węglowe i rafinerie. Nastroje SA więc chwiejne i wrażliwe na sytuację w otoczeniu.

ziś KGHM raczej nie zabłyśnie, sądząc po sporym, sięgającym 0,8 proc., porannym spadku notowań kontraktów na miedź. Z Azji płyną niejednoznaczne sygnały. Nikkei wzrósł o 0,9 proc., ale na godzinę przed końcem handlu w Szanghaju wskaźniki zniżkowały, Shanghai Composite o 0,1 proc., a Shanghai B-Share o 1 proc. Za to kontrakty na amerykańskie i europejskie indeksy zwyżkowały po 0,15-0,2 proc., sugerując, że nastroje przynajmniej na początku handlu nie powinny być najgorsze.

Roman Przasnyski