Spadkowy początek czwartkowej sesji za oceanem nie przełożył się zbyt mocno na nastroje na naszym kontynencie. Co prawda DAX, broniący się przez kilka godzin przed zejściem pod kreskę, w końcu skapitulował po otwarciu na Wall Street, jednak sięgającą niecałe 0,4 proc. zniżkę trudno określić jako znaczącą. A jeszcze przed zakończeniem handlu w Europie, amerykańskie indeksy traciły po 0,8-0,9 proc., a więc wystarczająco mocno, by bardziej przestraszyć pozostałych graczy.

Później było jeszcze straszniej. W najgorszym momencie S&P500 zniżkował o 1,4 proc., schodząc do poziomu najniższego od 9 września. Na szczęści zakończenie handlu wypadło już nieco lepiej. Dow Jones i S&P500 spadły jednak po 0,9 proc., osiągając poziomy znane Europejczykom już wczoraj. Nie musi to jednak oznaczać poprawy nastrojów na naszym kontynencie, a jeśli, to raczej chwilową.

Jeśli bowiem spojrzeć na sytuację i perspektywy amerykańskich indeksów, to – jeśli nie nastąpi szybki i wyraźny przełom w budżetowym impasie – można liczyć jedynie na niewielkie i krótkotrwałe odreagowanie. Prawdopodobne jest, że politycy przeciągać będą ostateczne rozstrzygnięcia do momentu, gdy będą musieli zmierzyć się również z limitem zadłużenia. A to otwierałoby drogę wskaźnikom z Wall Street do skasowania całej trwającej od końca sierpnia do połowy września zwyżki. W jej wyniku S&P500 zyskał 95 punktów, czyli niemal 6 proc. Z tego dorobku ubyło już 45 punktów, a więc prawie połowa. Oceniając wagę problemów budżetu i limitu zadłużenia, utrata kolejnych 45 punktów jest jak najbardziej realna. Potrzeba na to tylko trochę czasu. Do 17 października, gdy upływa termin podwyższenia limitu długu, powinno wystarczyć.

Powstaje oczywiści w związku z tym pytanie, jak na taki scenariusz zareagowałyby główne giełdy europejskie i nasz rynek. Jak do tej pory DAX całą tę amerykańską korektę traktuje dość pobłażliwie. Co prawda zniżkował on w tym czasie także o 95 punktów, ale w jego przypadku oznacza to spadek o zaledwie 1,1 proc. Nawet w najbardziej pesymistycznym scenariuszu nie wydaje się zbyt prawdopodobne, by miał zawędrować aż do dołka z końca sierpnia. Musiałby stracić jeszcze około 500 punktów, czyli niemal 6 proc. Ale może śmiało zawitać w okolice 8400 punktów , z którym to poziomem zmagał się od końca lipca do 26 sierpnia.

Jeszcze większą odporność na amerykańskie problemy prezentuje nasz rynek. Ignoruje je niemal zupełnie nawet wrażliwy na tego typu wpływy WIG20. Od połowy września skutecznie walczy o utrzymanie się nad poziomem 2400 punktów. I choć bywa w zmiennych humorach, nie zdarzają mu się w tym czasie poważniejsze wpadki (raz tylko w trakcie jednej sesji stracił 1,3 proc.). Co prawda, nie może poradzić sobie z linią trendu spadkowego, ale cały czas jest gotowy do jej zaatakowania. Negatywny rozwój wydarzeń za oceanem nie powinien przekreślić takiej możliwości, a jedynie odsunąć ją w czasie. Tym bardziej nie zanosi się na większe zagrożenia w segmencie małych i średnich spółek, które radzą sobie doskonale, systematycznie poprawiając rekordy trendu rosnącego.

Złe nastroje w USA przełożyły się na notowania na giełdach azjatyckich, gdzie dziś rano przeważały spadki, choć ich skala nie przekraczała kilku dziesiątych procent. Na możliwość lekkiego odreagowania, przynajmniej na początku handlu na naszym kontynencie, wskazują zwyżkujące po 0,1 proc. kontrakty na amerykańskie i europejskie indeksy. 

Roman Przasnyski