Sprawa WGI to jedna z głośnych afer giełdowych. Warszawska Grupa Inwestycyjna powstała w 1999 roku i początkowo zajmowała się zarządzaniem aktywami, działając m.in. na międzybankowym rynku walutowym Forex. W 2004 roku spółka uzyskała wymaganą licencję i przekształciła się w biuro maklerskie, a głównymi instrumentami obrotu stały się obligacje. Do portfeli klientów WGI Dom Maklerski trafiały jednak głównie niezabezpieczone papiery dłużne, emitowane przez spółkę zależną WGI Consulting.

Znikające obligacje

Pierwsze sygnały świadczące o nieprawidłowościach pojawiły się na początku 2006 roku. Wiosną, gdy ówczesna Komisja Papierów Wartościowych i Giełd (KPWiG) odebrała WGI DM licencję, a niedługo później sąd ogłosił jej upadłość, wybuchła afera. Okazało się, że nie wiadomo, gdzie jest prawie 250 mln zł, jakie spółce powierzyło około 1,2 tys. klientów. Nie wiadomo tego zresztą do dziś.

Akt oskarżenia przeciwko członkom zarządu WGI Dom Maklerski warszawska prokuratura okręgowa skierowała do sądu dopiero 17 grudnia 2012 roku (sygn. akt XII K 294/12). Trzem oskarżonym: Łukaszowi K., Andrzejowi S. i Maciejowi S. postawiono zarzut popełnienia przestępstwa niegospodarności z art. 296 par. 1 i 3 kodeksu karnego. Prokuratura twierdzi, że członkowie zarządu WGI DM w okresie od lutego 2005 r. do 22 czerwca 2006 r., działając wspólnie i w porozumieniu w celu osiągnięcia korzyści majątkowych, nadużyli swych uprawnień i niedopełniali ciążących na nich obowiązków. Na rachunkach klientów WGI DM nie zapisywano bowiem wszystkich obligacji, jakie – zgodnie z dokonanymi przez tych klientów wpłatami – powinny się tam znaleźć.

Oskarżeni wykorzystywali następnie środki klientów biura do zabezpieczenia kredytów zaciągniętych od Wachovia Securities. To w konsekwencji doprowadziło do utraty części tych pieniędzy.

Złe inwestycje

Zdaniem prokuratury oskarżeni dopuścili też do funkcjonowania w WGI systemu maklerskiego niegwarantującego rzetelności i wiarygodności wprowadzonych danych. Dopuścili też do przekazania kwoty 6,65 mln dol. na rachunek WGI Europe, z którego następnie część pieniędzy przekazana była na prywatne rachunki Łukasza K. i Macieja S. W wyniku tych działań wyrządzili klientom szkodę majątkową w wielkich rozmiarach na łączną kwotę 247,877 mln zł.

– Prokurator nie doszedł do wniosku, że sprawcy wprowadzali w błąd klientów, natomiast źle inwestowali powierzone im przez klientów pieniądze – mówi Dariusz Ślepokura, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Dodaje jednak, że sąd nie jest związany kwalifikacją prawną przyjętą przez prokuraturę.

– Jeśli uzna więc, że czyn wykazuje znamiona innego przestępstwa, może zmienić jego kwalifikację prawną i skazać oskarżonych w ramach tego czynu z innego artykułu – wyjaśnia prokurator Ślepokura.

Biegli bez motywacji

Śledztwo w sprawie WGI DM trwało siedem lat.

– W tego typu sprawach zazwyczaj konieczne są opinie biegłych, a prokurator nie ma żadnego wpływu na to, jak długo opiniują biegli. Uzyskanie takich opinii z zakresu rachunkowości, księgowości, efektywności ekonomicznej czy obrotu papierami wartościowymi bywa w takich postępowaniach wąskim gardłem – tłumaczy prokurator Jacek Skała ze Związku Zawodowego Prokuratorów i Pracowników Prokuratury RP.

Powód? Prokuratura dysponuje określonym budżetem i nie stać jej na wynagradzanie biegłych takimi kwotami, które motywowałyby ich do szybkiej pracy.

– Jeżeli ktoś zatem ma pretensje do prokuratury za długotrwałość postępowań, to w dużej mierze wynika to z uwarunkowań systemowych i prawnych. Za te ostanie dwie dziedziny odpowiadają ci, którzy tworzą prawo, a nie ci, którzy wykonują jego literę – dodaje prokurator Skała.

Wczoraj sąd umorzył sprawę wytoczoną przedstawicielom Komisji Nadzoru Finansowego (następczyni KPWiG) przez grupę poszkodowanych w aferze WGI. Zarzucali oni siedmiu oskarżonym – m.in. przewodniczącemu komisji Jarosławowi K. i jego zastępcy Witoldowi P. – że działali na szkodę inwestorów i niedopełniali swoich obowiązków.