Poprawa atmosfery na światowych rynkach finansowych i nie najgorsze dane z amerykańskiej gospodarki wyniosły indeksy giełdy nowojorskiej do nowych szczytów. Także w Europie, wyłączywszy niestety Polskę, sytuacja na parkietach prezentuje się zachęcająco. Tymczasem najważniejsze surowce, takie jak ropa, miedź czy złoto straciły od początku roku odpowiednio 10%, 14% i 15%. Dlaczego ich ceny oderwały się od tego, co dzieje się na rynku akcji?

Przede wszystkim należy zauważyć, że wysoka korelacja między różnego rodzaju aktywami, którą obserwowaliśmy od 2009 roku, ma się ku końcowi. Jest to, ogólnie rzecz biorąc, pozytywny sygnał – rosną korzyści z dywersyfikacji portfela – a zarazem powrót do normalności. Normalizacja jednak nie będzie powrotem do zachowania rynku z poprzednich cykli.

Tradycyjnie obserwowano następującą prawidłowość. Pod koniec recesji i w początkowej fazie ożywienia najwięcej dawały zarobić akcje. W dalszej części wzrostowej fazy cyklu koniunkturalnego szybsze wzrosty notowano na surowcach, które drożały, nawet gdy giełdy osiągały już swój lokalny szczyt. Wynika z tego więc, że surowce zachowywały się tak jak akcje, tyle że z opóźnieniem kilku kwartałów. Ostatni tego typu wzorzec można było obserwować w połowie 2008 roku, kiedy to akcje były już mocno poniżej szczytów, a ropa ustanowiła historyczny rekord.

Moim zdaniem ten sposób zachowania się rynku w przyszłości nie będzie się już powtarzał. Inwestowanie na rynkach surowcowych stało się tak popularne wśród spekulacyjnych inwestorów instytucjonalnych, że nie ma co liczyć na to, że będą oni działali z jakimś opóźnieniem. Reakcje na zmianę perspektyw dla wzrostu gospodarczego będą na tym rynku tak samo szybkie, jak na rynku akcji.

Nie znaczy to oczywiście, że korelacja cen globalnych akcji i surowców będzie bardzo wysoka (choć zapewne wyższa niż przed kryzysem). Wzrost gospodarczy bowiem w różny sposób przekłada się na surowce i na akcje. Przede wszystkim przyspieszenie wzrostu gospodarczego w krajach rozwijających się jest korzystne dla cen metali czy ropy naftowej, gdyż wzrost w tamtych gospodarkach jest bardziej surowcochłonny niż w Europie, USA czy Japonii. Z kolei poprawa perspektyw gospodarczych w krajach Zachodu nie musi automatycznie przekładać się na wzrost cen surowców, ponieważ te państwa nie zużywają ich przez to więcej.

Dokładnie to, moim zdaniem, jest powodem braku wzrostów na surowcach. Perspektywy dla gospodarki amerykańskiej się poprawiły, jest też pewna stabilizacja w Europie. Tymczasem w Chinach, które są głównym konsumentem metali przemysłowych oraz odpowiadają za dużą część wzrostu popytu na ropę naftową, wzrost PKB był poniżej oczekiwań. Nie wyglądają dobrze też odczyty indeksów PMI, które są prognostykiem wzrostu w kolejnych kwartałach. Jeżeli popatrzeć na zachowanie indeksu w Szanghaju, to jego ostatni szczyt przypadł mniej więcej na ten sam moment, co ostatnie zwyżki notowań surowców (początek 2011 roku). Od początku roku jest zaś prawie 4% na minusie.

Oprócz słabszej koniunktury w Chinach, a także w innych rozwijających się gospodarkach, gdzie banki centralne zmagają się z rosnącą inflacją, spadki na surowcach związane są z ich rosnącą podażą, będącą odpowiedzią na wcześniejsze zwyżki cen. Wydobycie ropy wyraźnie ostatnio wzrosło w całej Ameryce Północnej, w Iraku i w Libii. Po śmierci prezydenta Wenezueli wskazuje się na możliwość liberalizacji i wpuszczenia do kraju zachodnich koncernów wydobywczych, co pozwoliłoby uruchomić wielkie rezerwy, jakimi dysponuje ten kraj. Z kolei na rynku miedzi mamy do czynienia z rosnącymi oczekiwaniami dotyczącymi nadwyżek, które zaczną pojawiać się na rynku jeszcze w tym roku w związku z otwarciem nowych kopalń w Mongolii (w czerwcu) oraz w USA i w Chile. Złoto stanowi osobną historię, nie tak dawno o nim pisałem.

Podsumowując, nie widzę powodu, by obecną sytuację na rynku surowcowym postrzegać jako okazję inwestycyjną. Sytuacja w Chinach nie jest moim zdaniem jasna, spodziewałbym się raczej pogłębienia spowolnienia. Dobrą inwestycją mógłby być zakup ropy naftowej, zwłaszcza z dostawą za kilka lat, gdzie jest tańsza o ok. 15 dolarów. Przy cenie z dostawą natychmiastową na poziomie 100 dolarów za baryłkę stosunek zysku do ryzyka nie jest jeszcze korzystny. Jednak spadek w stronę 90 dolarów na ropie Brent, zwłaszcza jeżeli nie towarzyszyłoby mu znaczące obniżenie prognoz światowego wzrostu gospodarczego, stanowiłby już interesującą okazję do zakupów.

Maciej Bitner