Według Departamentu Pracy w Stanach Zjednoczonych w marcu poza sektorem rolniczym powstało zaledwie 88 tys. nowych miejsc pracy. Zaledwie, ponieważ ekonomiści oczekiwali odczytu w okolicy 200 tys. etatów, czyli nieco niższego wyniku jak przed miesiącem.

Na wyhamowanie tempa tworzenia nowych miejsc pracy w ciągu ostatnich kilku dni wskazywało kilka niezależnych czynników - rozczarowujący odczyt raportu agencji ADP, wyraźny wzrost liczny nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych pod koniec marca oraz silne spadki subindeksów zatrudnienia w ramach indeksów opisujących nastroje przedsiębiorców.

Trzeba jednak odnotować, że podobnie jak dane z sektora prywatnego (ADP), także oficjalna publikacja przyniosła zdecydowaną weryfikację w górę informacji z poprzedniego miesiąca. W styczniu stworzono o 29 tys. więcej miejsc pracy niż pierwotnie podawał Departament Pracy, a w lutym o 32 tys. więcej. 

Jednak nawet po uwzględnieniu korekty dane z rynku pracy należy uznać za rozczarowujące. 88 tys. nowych etatów w marcu wobec 268 tys. w lutym pokazuje, że przedsiębiorcy z jednej strony zaczynają uwzględniać wyższe koszty prowadzenia działalności gospodarczej (wynagrodzenia nowoprzyjętych pracowników, wyższe podatki), a z drugiej zobrazowaną w indeksach wyprzedzających koniunkturę spadającą liczbę nowych zamówień.

Widać to m.in. w stopniowym wydłużaniu się przeciętnego czasu pracy (obecnie to 34,6 godz./tydzień). Z makroekonomicznego punktu widzenia warto pamiętać, że w I kw. 2013r. amerykańskie firmy przystąpiły do uzupełniania zapasów, co było zapewne głównym czynnikiem wzrostu PKB w tym okresie. Natomiast patrząc z zupełnie technicznego punktu widzenia, np. na wykres eurodolara, można powiedzieć, że rynek potrzebował solidnego pretekstu do korekty po tym, jak od początku lutego wartość euro spadła o blisko 10 eurocentów (z 1,37 do 1,275 USD). 

Na europejskich parkietach jeszcze przed rozpoczęciem sesji w USA i opublikowaniem najważniejszych danych kończącego się tygodnia, główne indeksy traciły na wartości blisko 2 proc. To tyle zastanawiające, że w większość danych ze Starego Kontynentu wypadła zgodnie lub nieco lepiej od oczekiwań. Inwestorzy z GPW, którzy od początku roku musieli przyglądać się wzrostom na konkurencyjnych parkietach, w piątek mogli się pocieszyć faktem, że WIG20 był jednym z nielicznych indeksów broniących się przed spadkiem. Akcjonariusze kilku spółek z WIG20 otrzymali pod koniec tygodnia wiele ważnych informacji, np. rezygnację z wielkiej inwestycji w Opolu planowanej przez PGE czy presję ze strony Skarbu Państwa na podwyższenie dywidend ze spółek giełdowych z KGHM na czele. 

Na rynku obligacji skarbowych warto odnotować dwa zjawiska. Po pierwsze, po czwartkowym posiedzeniu japońskiego banku centralnego bardzo wyraźnie wzrósł apetyt inwestorów na poszukiwanie dochodowości, co znalazło odzwierciedlenie w gwałtownym wzroście popytu na obligacje Francji (rentowność dziesięcioletnich spadła z ponad 2 proc. w środę do 1,75 proc.) czy Wielkiej Brytanii (z 1,77 proc. 1,63 proc.). Po drugie, w takim otoczeniu ponownie dobrze radziły sobie polskie papiery skarbowe - rentowność "dziesięciolatek" spadła do rekordowo niskiego poziomu 3,61 proc.

Łukasz Wróbel