Czwartek przyniósł kontynuację spadków na niemal wszystkich parkietach. Wszystko wskazuje na to, że korekta wreszcie nadeszła. Raz jeszcze sprawdziła się zasada, mówiąca że gdy sytuacja do niej dojrzeje, powód uzasadniający spadki zawsze się znajdzie. Stała się nim niespodziewanie sprawa Cypru. Wcześniej zupełnie marginalizowana, dzięki „niestandardowym” posunięciom polityków, urosła do rangi wydarzenia skutkującego poważnym kryzysem o charakterze bardziej systemowym, niż jednostkowym (dotyczącym wyłącznie Cypru). W takiej atmosferze sygnały o postępującym osłabieniu gospodarczym w strefie euro trafiły na podatny dla niedźwiedzi grunt.

Jak na natłok negatywnych bodźców, reakcje inwestorów są umiarkowane. Na głównych giełdach europejskich w ostatnich dniach skala spadków lekko przekraczała 1 proc. jedynie w Paryżu. DAX zniżkował nie mocniej niż 0,8-0,9 proc., więc trudno mówić o poważniejszej przecenie. Bilans czterech ostatnich sesji w przypadku wskaźnika we Frankfurcie to zniżka o 1,4 proc., a CAC40 stracił łącznie 1,8 proc. Można więc powiedzieć, że jak na razie mamy więcej szumu, niż rynkowych „konkretów”.

Tezę o tym, że cypryjska awantura jest jedynie pretekstem do korekty, potwierdza zachowanie się Wall Street. Trudno uwierzyć, że tak odległy i błahy, z punktu wiedzenia amerykańskiego inwestora problem, przesłonił bardzo istotne pozytywne czynniki, takie jak bardzo dobre informacje gospodarcze i jednoczesne uspakajające deklaracje ze strony rezerwy federalnej. Indeksy za oceanem zniżkowały w ostatnich dniach w sumie od 0,6 proc w przypadku Dow Jones’a do 0,9 proc. dla S&P500., a więc tylko nieco mniej niż ich europejscy koledzy.

W przypadku tego ostatniego większą część tego dorobku niedźwiedzie zdobyły wczoraj, spychając indeks w dół o 0,8 proc. Jeśli swoją przewagę utrzymają także dziś, mijający tydzień byłby najgorszym od początku roku i jeśli nie liczyć drobnego potknięcia z drugiej połowy lutego, przerwałby jedenastotygodniową serię wzrostów. Zasadnicze pytanie brzmi: czy to tylko przerwa, czy zakończenie tej fali i początek dłuższej korekty.

Na tym tle warszawski parkiet wygląda fatalnie i nic nie wskazuje na to, by miało się to zmienić w najbliższej przyszłości. WIG20 od początku tygodnia stracił 3,6 proc., dwukrotnie więcej niż CAC40. To największy spadek w całej jedenastotygodniowej sekwencji spadkowej (z przerwą na dwa pierwsze tygodnie z przełomu lutego i marca). Pod względem tygodniowej skali spadków idziemy łeb w łeb z Atenami, Madrytem i Moskwą i jesteśmy zdecydowanym outsiderem na tle wszystkich niemal parkietów naszego regionu.

Co gorsza, złe nastroje obejmują coraz to szersze fragmenty naszego rynku. Bardzo dobrze do niedawna sprawujący mWIG40 idzie ślady indeksu blue chips. Po wtorkowym tąpnięciu o ponad 2 proc. i wczorajszym spadku o 1 proc., w skali tygodnia traci 2,7 proc. W niemal identycznej sytuacji jest WIG Plus. Nieco w tyle zostaje jedynie sWIG80, zniżkujący o 1,4 proc.

Wczorajsze przełamanie przez WIG20 w dół poziomu 2400 punktów rodzi nikłe nadzieje na podjęcie przez byki próby jego obrony i poważne obawy o kontynuację ruchu w dół. W tym drugim przypadku wsparcia należałoby szukać w okolicach 2320 punktów.

Dziś niewiele danych makroekonomicznych. Poznamy jedynie wskaźnik nastrojów niemieckich przedsiębiorców Ifo. Oczekuje się jego niewielkiego wzrostu ze 107,4 do 107,6 punktu. Z naszego podwórka pewne znaczenie (głównie dla notowań złotego) mogą mieć informacje o sprzedaży detalicznej (oczekuje się jej wzrostu o zaledwie 0,4 proc., w styczniu
wzrosła ona o 3,1 proc.) i stopie bezrobocia (spodziewane jest jej wzrost z 14,2 do 14,5 proc.).

Poranne sygnały z rynków są niekorzystne dla byków. W Azji przeważały spadki. Nikkei zniżkował o ponad 2 proc., w Tajlandii spadek sięgał 4 proc. Kontrakty na amerykańskie i europejskie indeksy traciły po 0,1-0,2 proc.

Roman Przasnyski