U progu 2012 roku więcej było obaw, zagrożeń, pytań i wątpliwości, niż nadziei na zyski. I rzeczywiście był to rok zmiennych nastrojów, dużej nerwowości, nieoczekiwanych wydarzeń i zwrotów sytuacji. Mimo to odważni inwestorzy mieli wiele okazji do podjęcia zyskownych decyzji. Nieustające kłopoty Grecji, Hiszpanii, Włoch i trzeszcząca z tego powodu konstrukcja strefy euro i całej Unii Europejskiej, wiszące niemal od początku roku widmo spowolnienia gospodarczego i późniejsze oznaki recesji na naszym kontynencie, wreszcie zagrożenia związane z klifem fiskalnym. W takich warunkach trudno było myśleć i mówić o hossie. Jak się okazuje, rację mieli ci, którzy o niej myśleli, choć niekoniecznie mówili. Hossa najczęściej rodzi się i rozwija niepostrzeżenie, w ciszy, w atmosferze wątpliwości, a nawet strachu. Tak było w 2012 roku na rynkach akcji, choć zróżnicowanie sytuacji w poszczególnych jego segmentach było znaczne.

Nawet jeśli pominąć ewenement w postaci Wenezueli, rządzonej przez populistycznego dyktatora Hugo Chaveza, gdzie indeks giełdy w Caracas wzrósł o niemal 300 proc. oraz kilka innych, bardziej egzotycznych rynków, przegląd parkietów dostarcza interesujących obserwacji i skłania do poszukiwania praktycznych wniosków.

Patrząc na pięć najbardziej dynamicznie rosnących w 2012 roku giełd, mamy do czynienia z jednym tylko zaskakującym zjawiskiem. Na piątym miejscu ze zwyżką sięgającą 34 proc. znalazła się Grecja. Licząc od czerwca, indeks w Atenach zyskał ponad 90 proc. Te imponująco na pierwszy rzut oka wyglądające osiągnięcia trzeba jednak oglądać z szerszej perspektywy. A z niej okazują się już one znacznie mniej imponujące. Od końca roku 2007 do połowy 2012 wskaźnik stracił ponad 90 proc. W porównaniu z tym ostatnie odreagowanie robi mizerne wrażenie. Na greckiej giełdzie zyskać mogli tylko nowi, najbardziej odważni inwestorzy. Nie było ich jednak chyba zbyt wielu. Warto zwrócić uwagę, że całkiem nieźle radzą sobie indeksy dwóch innych państw, które mocno ucierpiały wskutek niedawnego globalnego kryzysu finansowego. Indeks w Dublinie zyskał 18 proc., zaś wskaźnik w Islandii wrósł o 15 proc. Znacznie gorzej wypadł Mediolan ze zwyżką o 9 proc., a całkiem fatalnie Madryt, gdzie indeks spadł o 3 proc.

Inaczej przedstawia się sprawa liderów zestawienia, czyli Turcji i Pakistanu. Indeksy giełd obu krajów od dawna znajdują się w światowej czołówce pod względem skali wzrostów. Akcje tamtejszych przedsiębiorstw są rozchwytywane przez globalne fundusze inwestycyjne, poszukujące okazji na rynkach wschodzących. Nawet jeśli trafi się nieco gorszy rok, w następnych rekompensata za ryzyko jest godna zazdrości. Na rynkach pokrewnych trzeba mieć już znacznie więcej szczęścia i wyczucia, bo klasyczną wiedzę o inwestowaniu jest tam często trudno zastosować, głównie ze względu na większą zmienność warunków makroekonomicznych i słabą płynność. Z turecką gwiazdą zdarzało się konkurować parkietom w Sofii i Bukareszcie. Tym razem kontakt wzrokowy utrzymywał tylko parkiet rumuński.

Bułgaria została daleko w tyle, ze zwyżką sięgającą zaledwie 6 proc. Pakistan pełni w „młodej” Azji rolę podobną jak Turcja. To jeden z najbardziej dynamicznych, ale i zarazem stabilnych rynków. W jego otoczeniu często pojawia się Wietnam, Mongolia, Kazachstan. Ale tym razem sprawiły one zawód. W gronie liderów nie dziwi obecność Tajlandii. To rynek już nieźle znany inwestorom i mający dobrą renomę. Wśród naszych bliższych sąsiadów zdążyliśmy się przyzwyczaić do dużych wzrostów w Estonii. Choć to rynek geograficznie nieodległy, to jednak wciąż o marginalnym znaczeniu inwestycyjnym.

Interesujący jest też środek tabeli. Pod koniec pierwszej dziesiątki, raczej nieprzypadkowo, plasują się blisko siebie indeksy państw powiązanych ścisłymi związkami kooperacyjnymi i handlowymi, czyli Niemcy, Austria, Dania i Polska. Warto zwrócić uwagę, że w pierwszej dwudziestce znalazły się wszystkie cztery nasze giełdowe indeksy, a trzy z nich zmieściły się w pierwszej dziesiątce światowych rynków. Bardzo dynamiczny, niemal 30 proc. wzrost indeksu giełdy we Frankfurcie nie powinien budzić zdziwienia na tle recesyjnego krajobrazu, dominującego w strefie euro. Niemiecka gospodarka, mimo wyraźnego spowolnienia, wciąż jest solidną lokomotywą, która chwilowo dostała zadyszki.