Oczywiście, przebieg poniedziałkowych notowań w Europie przeczy rzekomej odporności rynków, ale warto odnotować, że przecena nie była kontynuowana ani we wtorek, ani wczoraj, choć rentowności hiszpańskich obligacji wspinają się na coraz bardziej niebezpieczne poziomy, natomiast nadal nikt nie podał recepty na zbicie rosnącej gorączki wokół Hiszpanii i Włoch.

Inwestorzy są także świadomi, że w każdej chwili z Grecji mogą napłynąć opinie przedstawicieli Troiki, które mogą oznaczać praktycznie wykluczenie Aten ze strefy euro. Mimo to indeksy w Europie wykazują dużą odporność na zagrożenia. Dlaczego? Na giełdach nie są notowane państwa i ich budżety, ale spółki. Wiele ze skutków obserwowanego spowolnienia zawarte jest już w cenach akcji. Nie tak łatwo wystraszyć inwestorów, którzy już stracili kilkadziesiąt procent portfela.

W USA indeksy próbowały nawet zwyżek. Nie udało się, ponieważ w ostatniej godzinie do głosu doszła podaż. Po stronie negatywnych impulsów trzeba zapisać słabszy od oczekiwań raport Apple'a, który jest swojego rodzaju barometrem zachowania konsumentów, oraz oczywiście spadek sprzedaży nowych domów. Choć budownictwo mieszkaniowe odpowiada obecnie za mniej niż 2 proc. amerykańskiego PKB, nadal jest pilnie obserwowanym wskaźnikiem koniunktury. A plusy? Oczywiście nieśmiertelna litania do Fed - skoro dane się pogarszają, niech Bernanke interweniuje.

W Azji sprawy wyglądały już lepiej. Nikkei zyskał 0,9 proc., a Kospi 0,7 proc. mimo, że dane o wzroście PKB za II kwartał (2,4 proc. r/r) okazały się nieco słabsze od oczekiwań. Na kwadrans przed końcem Hang Seng oscylował natomiast wokół zera, a Shanghai Comp. tracił 0,5 proc.

Czego możemy spodziewać się w Europie? Zapewne niewielkich strat na otwarciu, ale generalnie sesji raczej płaskiej. Dla inwestorów odczyty niemieckiego indeksu GfK (zaufania konsumentów), który wypadł nieznacznie powyżej oczekiwań, czy dane o sprzedaży detalicznej we Włoszech czy Polsce nie będą stanowiły wystarczającego impulsu do działania. Prędzej mogłyby być nimi publikowane licznie raporty kwartalne, natomiast najprędzej może nim być piątkowy odczyt dynamiki PKB w USA.

WIG20 w szerszej perspektywie, wciąż porusza się w ramach trendu bocznego, którego ramy niezbyt dokładnie można wyznaczyć na 2000-2400 pkt. Fakt, że dziś bliżej mu do wybicia dołem, nie oznacza jeszcze, że do niego dojdzie. Od roku indeks zwodzi nas na przemian możliwościami wybicia górą i dołem, a w gruncie rzeczy jest w tym samym miejscu co w sierpniu 2011.

Emil Szweda