Sytuacja w Azji jest klarowna. Ton, zarówno na giełdach, jak i w gospodarce, nadają Chiny. W Szanghaju zresztą zależność sytuacji na parkiecie od gospodarczej koniunktury widać jak na dłoni. Po załamaniu związanym z globalnym kryzysem finansowym, indeksy w Chinach swoje maksima osiągnęły w lipcu 2009 r. I od tego czasu datuje się tam tendencja spadkowa. W jej wyniku Shanghai B-Share stracił 30 proc., a Shanghai Composite 38 proc. Nie ma więc żadnych wątpliwości co do tego, że na tamtejszym rynku mamy bessę.

Zastanawiające jest to, że zaczęła się ona wówczas, gdy na większości światowych giełd fala odreagowania wcześniejszych spadków dopiero nabierała rozpędu. To zjawisko przestaje być zagadkowe, gdy spojrzymy na chińską gospodarkę. Silne pokryzysowe odbicie osiągnęło apogeum w pierwszych miesiącach 2010 r. Od drugiego kwartału tempo wzrostu tamtejszej gospodarki zaczęła wyraźnie się zmniejszać. Na dodatek w październiku 2010 r. Ludowy Bank Chin nieoczekiwanie podniósł stopy procentowe, rozpoczynając trwający do niedawna cykl zaostrzania polityki pieniężnej. Wszystko wskazuje więc na to, że chińska giełda z odpowiednim wyprzedzeniem zaczęła dyskontowanie takiego scenariusza.

Indeksy giełdowe w Chinach i Indiach

Indeksy giełdowe w Chinach i Indiach

źródło: Materiały Prasowe

Jak się okazuje, ma on charakter długofalowy. Spadki w Szanghaju utrzymują się od niemal trzech lat, a od ponad dwóch lat trwa hamowanie gospodarki. W tym czasie strach przed jej twardym lądowaniem zaczął przeważać nad obawami o przegrzanie. Od kilku miesięcy chińskie władze monetarne zmieniły kurs i ponownie zaczęły rozluźniać politykę pieniężną, a rząd zapowiada uruchomienie pakietów stymulujących gospodarkę. Giełdowe indeksy na razie zupełnie na te posunięcia i zapowiedzi nie reagują. Skoro zaś tak dobrze działający niegdyś barometr wciąż nie wskazuje na poprawę, to musi coś w tym być. Prawdopodobnie jeszcze za wcześnie na dyskontowanie ożywienia.

Tym czymś są nie tylko obawy, związane z twardym lądowaniem, ale i oficjalne założenia chińskiej polityki gospodarczej. Chińskie władze zakładają, że w latach 2011-2015 średnioroczne tempo wzrostu PKB wyniesie 7 proc. Cel gospodarczy na 2012 r. wyznaczono na poziomie 7,5 proc. Z tego wynika, że nie należy spodziewać się większego ożywienia w Chinach jeszcze przez co najmniej dwa lata. Co więcej, można obawiać się pogłębienia spadkowej tendencji tempa wzrostu PKB i okresowego zejścia tego parametru poniżej 7 proc. Taki scenariusz nie sprzyjałby nie tylko giełdzie w Szanghaju i pozostałym parkietom azjatyckim, ale miałby poważne konsekwencje także dla wielu innych segmentów rynku. Przede wszystkim oddziaływałby negatywnie na notowania surowców, a w konsekwencji złe nastroje przeniosłyby się na giełdy krajów, których gospodarki oparte są na ich wydobyciu.

Mechanizm przenoszenia tendencji z Chin na zewnątrz, na razie szczególnie mocno widoczny jest w najbliższym otoczeniu. Działa on jednak z pewnym opóźnieniem. Od jesieni 2010 r. o ponad 20 proc. zniżkują wskaźniki w Hong Kongu, na Tajwanie i w Japonii. Blisko granicy bessy jest też indeks w Bombaju, tracący 19 proc. Znacznie lepiej trzymają się giełdy mniejszych i mniej rozwiniętych państw azjatyckich, takich jak Indonezja, Malezja, Filipiny, czy Tajlandia, ale i tam od kilku tygodni zaczyna być dostrzegalna tendencja spadkowa. Przenoszenie bessy „drogą surowcową” odczuwają już także choćby Brazylia, gdzie od jesieni 2010 r. indeks spadł o 25 proc., czy Rosja, gdzie moskiewski RTS od kwietnia 2011 r. idzie w dół o 36 proc. W lipcu w Brazylii ósmy raz z rzędu obniżono stopy procentowe do rekordowo niskiego poziomu 8 proc.

Luzowanie polityki pieniężnej w krajach azjatyckich i stymulowanie gospodarek może wpłynąć na złagodzenie niekorzystnych tendencji, ale nie gwarantuje rychłego ich odwrócenia. Choć stanowi pewną podstawę do poprawy koniunktury na tamtejszych giełdach, to jednak nie jest warunkiem wystarczającym do rozpoczęcia zwyżki indeksów. Na wyraźny i trwały ruch w górę trzeba jeszcze poczekać.

Roman Przasnyski