Gdy pojawią się trudne sytuacje kryzysowe w sektorze finansowym, to bankowcy zawsze mówią: „Pieniądze klientów są bezpieczne, śpijcie spokojnie”. Mówiliśmy to naszym klientom, gdy rozpoczęła się pandemia i gdy rozpoczęła się wojna w Ukrainie, bo na początku obu wydarzeń i u nas ustawiały się kolejki przed bankomatami. Pan jest wiceprezesem największego ukraińskiego banku. Czy powiedziałby pan dziś to samo swoim klientom: „Wasze pieniądze są u nas w banku bezpieczne”?
Z perspektywy ponad 30 dni wojny nie powiedziałbym tak. W momencie jej rozpoczęcia mieliśmy 7500 bankomatów, 1400 oddziałów - to potężna sieć. Jesteśmy takim ukraińskim PKO BP, tylko większym. W związku z tym u nas kolejki przed bankomatami ustawiły się natychmiast, gdy ludzie poczuli zagrożenie, i klienci wypłacali wszystko, co mieli. Dopiero po pewnym czasie Narodowy Bank Ukrainy wprowadził limity wypłat. Wystarczyłyby dwie bomby zrzucone na centrum przetwarzania danych i banku by nie było. Zresztą 26 czy 27 marca mieliśmy strach w oczach, bo komandosi rosyjscy znaleźli się 200 m od naszego centrum przetwarzania danych w Dnieprze. Na szczęście nas ominęli. Gdyby nas zbombardowali, to bez względu na to, że pieniądze są gwarantowane, nasi klienci nie mieliby do nich dostępu.
Czy teraz ktoś, kto jest we Lwowie, może podejść z kartą i wypłacić pieniądze?
Tak. Są jedynie limity do 100 tys. hrywien dziennie. Można robić przelewy, zapłacić za zakupy internetowe czy spłacać kredyt. Nie można robić przelewów międzynarodowych bez ważnego uzasadnienia - chodzi o to, żeby nie wyprowadzać waluty z systemu.