Reklama
Ile będziemy się jeszcze męczyć z wysoką inflacją?
Wszystko zależy od tego, jak będzie się z nią walczyło. I jaka będzie sytuacja zewnętrzna. Za wzrost cen odpowiada zespół czynników.
W takim razie: ile jest w inflacji czynników zewnętrznych: głównie zmian cen surowców, ile odbicia po pandemii - bo ze strony rządu, ale i banku centralnego padał argument, że skoro mamy mocne przyśpieszenie wzrostu, to musi być i inflacja, i ile jest w niej działań polityki rządowej, a ile „gołębiowatości” banku centralnego?

Reklama
Zacznijmy od najprostszego: ile mamy importowanej inflacji. Patrzę nie tyle na CPI, wskaźnik inflacji konsumenckiej, ile na deflator (wskaźnik pozwalający na porównanie cen wszystkich dóbr finalnych, nie tylko konsumpcyjnych, których zmianę określa się jako inflację - red.) PKB. Dla mnie inflacja mierzona w ten sposób jest ważniejsza, bo CPI to tylko fragment układanki. Po dwóch kwartałach większość wzrostu deflatora była spowodowana właśnie importem inflacji. W szczególności w II kw., gdy i inflacja konsumencka zaczynała wyraźnie przyśpieszać. Nie mam jeszcze obliczeń dla III kw., ale myślę, że tendencja się utrzyma. Pandemia przyniosła szok podażowy: wewnętrzny oraz zewnętrzny. Na początku lat 70. mieliśmy szok naftowy, który zaowocował tym, że praktycznie przez całą dekadę wzrost cen na całym świecie był podwyższony. Zwróćmy uwagę, że Jerome Powell, szef Fed, przyznał ostatnio, że skok inflacji, który mamy dziś, nie będzie przejściowy. Że inflacja trochę nam potowarzyszy.
A czynniki wewnętrzne?
Mamy mieszankę ekspansywnej polityki fiskalnej i gołębiej monetarnej. Ta ostatnia została odziedziczona przez PiS po poprzednim rządzie - główna stopa wynosiła 1,5 proc., gdy ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego obejmowało władzę i do pandemii pozostawała na niezmienionym poziomie. Na początku rządów PiS mieliśmy spadek cen, później była inflacja dodatnia, zgodna z celem NBP, trochę powyżej, aż wreszcie krótko przed pandemią doszliśmy do inflacji już wyraźnie powyżej celu. Wzrost cen znacząco przekroczył 4 proc. Było jedno tąpnięcie w inflacji, które spowodowała pandemia - wtedy importowaliśmy spadek cen surowców. W tej chwili czynniki wewnętrzne nabierają coraz większego znaczenia. Policy mix, łączny efekt polityki fiskalnej i pieniężnej, nie został specjalnie zaostrzony. Podniesienie stóp przez NBP o 1,15 pkt proc. to raczej pogłaskanie rynku, ale on się nie uspokoił. Jeśli złoty przestał ostatnio tracić, to raczej dlatego, że mamy przepływ kapitału z Turcji do Polski. Z punktu widzenia międzynarodowych inwestorów jesteśmy w jednym koszyku z Ankarą, a jak wiadomo, stamtąd kapitał ucieka.
Ale też usprawiedliwia pan bank centralny, skoro wysoka inflacja to głównie wynik tego, co dzieje się za granicą.
Zaraz, zaraz. Mówię, że cel inflacyjny przestał być respektowany jeszcze przed pandemią, więc nie usprawiedliwiam. W klasycznym ujęciu jest tak, że jeśli mamy ekspansywną politykę fiskalną, czyli duże wzrosty wydatków i deficyty, to bank centralny powinien to równoważyć. A NBP do pandemii nie zrobił nic.
Czy bank centralny może coś poradzić na szok podażowy?
To już inna para kaloszy. Jest tylko kwestia, jak głęboki jest ten szok podażowy i jak długo będzie trwał. Powell mówi, że zerwane łańcuchy dostaw oraz wysokie ceny surowców będą utrzymywać się dłużej. Ale to nie będzie sytuacja taka, jak w latach 70., kiedy światowa inflacja była dwucyfrowa. Dziś jest ona wysoka u nas, ale w strefie euro wynosi 4,9 proc., w USA trochę ponad 5 proc. Nie ma porównania z latami 70. Jeśli inflacja się jeszcze podniesie, mówię o największych gospodarkach, to o części punktu procentowego, a nie o kolejne kilka punktów procentowych.
Jaka powinna być w tej chwili reakcja na wyższą inflację - zarówno ze strony rządu, jak i banku centralnego? Czy tarcza antyinflacyjna realnie pomoże?
Na to ostatnie mógłbym odpowiedzieć „dużym kwantyfikatorem”, ale nie chcę. Lepiej to przemilczeć. Byłem pierwszym ministrem finansów, który obniżył akcyzę. W 2005 r. też ceny ropy zaczęły szybować i podniosła się inflacja. I jaki był efekt mojej obniżki, pamięta pan?
Nie pamiętam. Pewnie koncerny paliwowe zaczęły więcej zarabiać.
Nie tylko koncerny, lecz także sprzedawcy detaliczni. Jeśli sytuacja to umożliwia, to chce się zarobić. Mimo wszystko mamy gospodarkę wolnorynkową. Można coś nakazać, ale wtedy stanie sprzedaż. Każde ograniczenie cen powoduje, że sprzedaż oficjalna maleje. Rośnie ta nieoficjalna.
Może mamy trochę inną sytuację niż za pana czasów w ministerstwie. Teraz państwowe firmy wydają się bardziej podatne na sygnały od właściciela, żeby włączyć się w politykę rządową. Jeśli ma być taniej na stacjach, to będzie taniej.
Ponieważ obecna ekipa odwołuje się do tego, co było za czasów poprzedników - że Orlen kiepsko zarabiał - a powiem tak: Orlen w przeszłości sparzył się na tym, że z wysokich zysków kupił litewskie Możejki. Potem państwowy właściciel powiedział: nie będziemy gromadzić pieniędzy, bo znów zrobicie jakąś głupotę. I przez osiem lat Platformy niewiele się działo - Orlen zarabiał, ale to nie były kokosy. A teraz pieniądze są potrzebne, żeby państwowe firmy mogły dokonywać zakupu różnego typu aktywów. Ktoś musi za to zapłacić. Dlatego marża jest ustawiona tak, a nie inaczej. Wydaje mi się, że podstawowy problem leży gdzieś indziej. Chodzi o to, co zrobić z polityką gospodarczą. Zmiana paradygmatu, czyli tego, co proponował przez ostatnie sześć lat PiS, a właściwie grupa Morawieckiego, to byłby dla obozu władzy problem polityczny.
Ma pan na myśli rezygnację z wydatków socjalnych? Coś innego?
Rezygnacja jest niemożliwa. Chodzi o inne rzeczy. Weźmy Polski Ład. Przypuszczam, że on będzie działał raczej po stronie podatkowej czy zwiększając dochody budżetu. Strona propopytowa będzie przynajmniej do jakiegoś momentu przyhamowana. To będzie związane po części z brakiem zasilania zewnętrznego. Próba takiego podejścia, jak na początku pandemii, z bankiem centralnym skupującym obligacje rządowe, raczej nie wchodzi w grę. Im bardziej ekspansywna będzie polityka fiskalna, tym bardziej trzeba będzie zaostrzać monetarną, żeby inflacja nie prysnęła w górę tak, że zapomnimy, że żyliśmy przez tyle lat w spokoju.
Może wysoka inflacja nie jest taka zła? Spowoduje, że dług, który i tak w Polsce nie jest bardzo wysoki w relacji do PKB, będzie jeszcze mniejszym problemem.
Zgodzę się, że 60 proc. PKB w sensie unijnym raczej nie osiągniemy. Chyba że zaczniemy robić to, o czym przed chwilą mówiłem, czyli emitować więcej obligacji po to, by podtrzymywać politykę rządu. Ale zapomina pan o jednej rzeczy. Rynek wie, ile rząd może pożyczyć. Nie mówię o rynku wewnętrznym, a o zagranicy. W ostatnich latach polityka była taka, by jak najmniej pożyczać zewnętrznie i udział zagranicy w polskim długu zmalał do niewiele ponad 20 proc. A był na poziomie ok. 40 proc. Ale potrzeby mogą być wyższe niż to, co może dać polski rynek i trzeba będzie wyjść na zewnątrz. A to kosztuje. W ostatnim czasie mamy do czynienia z ostrą tendencją wzrostową, jeśli chodzi o naszą krzywą rentowności. Wobec tego emitowanie nowego długu będzie droższe. Nasza struktura długu jest taka, że średni czas spłaty to trochę ponad cztery lata. Można sobie z grubsza policzyć, ile kosztuje rolowanie tego długu - co roku musimy zrolować 125 mld zł. Jeśli do tego chcemy pożyczyć jeszcze dodatkowe 100 mld na sfinansowanie deficytu całego sektora finansów publicznych, to trzeba ściągnąć z rynku 225 mld zł. Jeśli rentowność 2-10-letnich obligacji poszła w górę o ponad 2 pkt proc., to mamy dodatkowy koszt obsługi zadłużenia o ponad 4,5 mld zł w jednym roku. W następnym to samo. I w kolejnym… W ostatnich latach widzieliśmy w budżecie, że obsługa długu publicznego kosztowała coraz mniej. Ale im trudniej będzie zaciągnąć dług na rynku, tym bardziej koszty będą rosły.
Można wrócić do kupowania obligacji przez NBP.
Ale to łagodzenie polityki pieniężnej. Więc znów mielibyśmy ekspensywną politykę fiskalną i łagodzenie polityki pieniężnej. Nie znam książki makroekonomicznej, która twierdziłaby, że w ten sposób się walczy z inflacją. To raczej przepis na drogę w drugą stronę.
Jaka będzie inflacja w przyszłym roku? Przed zapowiedziami tarczy antyinflacyjnej można było usłyszeć i o 10 proc. Czy to jest realne?
Krótkookresowo, jeśli byłaby taka sytuacja, że złoty wyraźnie by się osłabił i do tego jeszcze import inflacji z zewnątrz byłby mocny, to tak. Ale nie sądzę, by tak się stało. Sądzę raczej, że dojdziemy do 8 proc., może trochę więcej, w styczniu. Od stycznia sporo zależy. Wtedy są dokonywane podwyżki cen regulowanych. Gdyby miesięczny wzrost cen był wyraźnie większy niż 1,3 proc. z tego roku, to roczna inflacja wyraźnie podskoczy. Prosty rachunek: w listopadzie roczna inflacja wyniosła 7,7 proc. Jeśli w grudniu będzie miesięczny wzrost cen o 1 proc., to wskaźnik roczny rośnie do 8,2 proc. Żeby dojść do 9 proc. w styczniu, miesięczny wzrost musiałby przekroczyć 2 proc. Od września moja prognoza inflacji na cały przyszły rok to 6,7 proc. i 4,7 proc. w 2023 r. Czyli znacznie powyżej celu inflacyjnego. Żeby inflacja uległa zahamowaniu, miesięczne wskaźniki wzrostu cen muszą być niższe niż te sprzed roku. A na razie popatrzmy na miesięczną inflację „odsezonowaną”: ona w ostatnich czterech miesiącach wynosi ok. 1 proc. W skali roku to się składa na 12 proc. To o czym my w ogóle mówimy? Żeby inflację zahamować, trzeba zaostrzenia polityki gospodarczej: nie tylko po stronie NBP, lecz także rządu. Ale tu pojawiają się uwarunkowania polityczne. Jak zacznie się zaostrzać, to na najbliższe wybory wypadnie mocne spowolnienie. Z tym, że ono się i tak może pojawić. Jeśli niespodzianka inflacyjna będzie zbyt wysoka, biznes też zareaguje.
Co w takiej sytuacji powinna zrobić Rada Polityki Pieniężnej? Jaka powinna być wysokość stóp procentowych?
Odpowiem nie wprost. Gdy wchodziliśmy do Unii, był okres, gdy 10-letnie obligacje miały rentowność powyżej 7 proc., a główna stopa NBP wynosiła 7 proc. Wysokie stopy mieliśmy też zaraz po wyjściu z globalnego kryzysu finansowego. Wtedy to było ok. 5 proc. Na to, by zejść z inflacją poniżej 3,5 proc., musimy przez dłuższy czas utrzymywać stopy odpowiednio wysoko i jednocześnie zacieśniać politykę fiskalną. Wtedy mamy możliwość zgaszenia wewnętrznej presji inflacyjnej. Ale przy dzisiejszej retoryce NBP i jego nastawieniu, to „przypuszczam, że wątpię”, by tak się stało. Mamy też rząd, który nie myśli kategoriami stabilizacji, tylko „rozwoju”. Za wszelką cenę. Żeby ludziom żyło się lepiej. Aż do momentu, gdy będzie krach.
Czy w takim razie należy się spodziewać jakiejś zmiany w myśleniu, przestawienia się na mechanizmy indeksacyjne, powrotu do lat 90. w określaniu cen wynajmu w walutach obcych, wtedy to był dolar, teraz pewnie euro?
Biznes nieruchomościowy wszelkie obliczenia cały czas robi w euro.
Mam na myśli mieszkania.
To pokazuje, że ci, którzy liczą pieniądze, wiedzą, że z rozliczaniem się w złotych wiąże się ryzyko. Czy przejdziemy na dwuwalutowość - to jest ciężki problem. Co do kwestii przyzwyczajenia się do inflacji, popatrzmy na Turcję. Oni mają takie cykle: najpierw bardzo szybka ekspansja, potem bardzo mocno rośnie inflacja i następuje krach, może nazwijmy delikatnie - następuje dostosowanie. I zaczyna się kolejny cykl. Tak jest niezależnie od tego, czy rządzi Erdoğan, czy ktokolwiek inny. Taki mają paradygmat rozwoju. My nauczeni doświadczeniem lat 80. mieliśmy inny: chcemy mieć stabilne ceny. Czyli inflację w granicach, które wymyślono jako cel dla NBP. Ale teraz chyba paradygmat jest inny. Zyta Gilowska jako minister finansów, zanim skończył się „pierwszy PiS”, mówiła: będziemy mieli siedem lat tłustych ze wzrostem na poziomie 7 proc. Ja zawsze dodawałem: i 7 proc. inflacji. 7 proc. wzrostu, 7 proc. inflacji, 7 proc. deficytu - wygląda na to, że to jest nasz nowy paradygmat. Coś, co dawałoby zadowolenie pewnym kręgom polskiej polityki. Bo biznesowi to raczej nie.
Jednak pewne zacieśnienie polityki pieniężnej już się dzieje. I będzie postępowało. To spowolni wzrost gospodarczy. Inflacja dołoży swoje. Jak mocno wzrośnie bezrobocie?
Ono będzie rosło dopiero wtedy, gdy firmy zaczną mieć problemy z bilansami. Na razie zyski przedsiębiorstw są rekordowe. Zanim to się zmieni, musi minąć z półtora roku. Oczywiście mogą być jakieś lekkie dostosowania. Ale to raczej ułamki punktów procentowych. To nie będzie nic takiego, jak dwie dekady temu, gdy bezrobocie wynosiło 20 proc. Dziś raczej jest kłopot ze znalezieniem ludzi do pracy.
Mirosław Gronicki, minister finansów w rządzie Marka Belki / Dziennik Gazeta Prawna
Za kilka miesięcy wybory prezesa NBP.
Wcześniej Rady Polityki Pieniężnej.
Śledzi pan politykę informacyjną NBP?
Czytam uważnie i się dziwię.
Gdyby była lepsza, inflacja mogłaby być niższa?
Żeby tak było, trzeba być wiarygodnym. Czyli nie zmieniać zdania z tygodnia na tydzień, tylko budować zrozumienie dla swoich działań wśród tych, którzy grają złotym. Jeśli polityka informacyjna jest niezrozumiała, jeśli ktoś widzi, że ocena sytuacji przez bank może zmienić się o 180 stopni, to mamy raczej budowę braku wiarygodności. Przypuszczam, że prezes NBP dbał bardziej o PR niż politykę informacyjną. To chyba jeden z większych błędów w zarządzaniu bankiem. Czy to się da zmienić? Oczywiście, jeśli przez wiele miesięcy będzie przekaz zrozumiały i akceptowany przez rynek. Jeśli teraz powiemy: będziemy się starali zbijać wzrost cen, żeby osiągnąć cel inflacyjny w takim i takim okresie, i to będzie powtarzane jak mantra przez rok, to miałoby jakiś wpływ. Jeszcze niedawno obowiązywała mantra wymyślona dwie dekady temu: chcemy mieć niską inflację. Teraz za nierobienie tego, co należało, trzeba zapłacić.
Dla pana bardziej korzystne stopy wyższe czy niższe? Pytam, bo ze strony NBP pojawiają się zarzuty, że analitycy mówią, że stopy trzeba podnosić, bo mają w tym interes.
Na wyższych skorzystam, bo mam oszczędności. Ale one są też ulokowane w takich instrumentach, gdzie wysokie stopy procentowe spowodują spadek cen, więc to nie takie jednoznaczne. Gdy przechodzimy z niskich stóp na wyższe, struktura oszczędności się zmienia. Zobaczy pan, co ludzie będą robili ze swoimi pieniędzmi. Będzie zrywanie umów na długoterminowe inwestycje. To tylko kwestia tego, jakie będą oczekiwania. I oczywiście, co będą zalecali doradcy w instytucjach finansowych. ©℗
Rozmowa odbyła się przed ostatnim posiedzeniem Rady Polityki Pieniężnej, na którym główną stopę procentową podniesiono o 0,5 pkt proc., do 1,75 proc.