Jeszcze widząc w sierpniu inflację na poziomie 5,4 proc., przekonywał, że szkolnym błędem byłoby reagowanie podwyżkami stóp procentowych na szoki podażowe, których źródłem są globalne wzrosty cen żywności, paliw czy nośników energii.
Po tym, jak dynamika wzrostu cen konsumpcyjnych podskoczyła do 5,8 proc., a ekonomiści zaczęli mówić, że pod koniec roku będzie sięgać 7 proc., szef banku centralnego publicznie zastanawiał się, czy to już czas, żeby „biesiadnikom poncz odstawić”, czyli zacząć wyłączać dopalacz w postaci niemal zerowych stóp procentowych. Wskazywał, że moment zaostrzenia polityki pieniężnej się zbliża, ale nikt z tej wypowiedzi nie wyczytał, że nastąpi on… kilkanaście godzin później. Wtedy to RPP nieoczekiwania podniosła stopy o 40 pb. Nikt takiego ruchu nie mógł przewidzieć, każdy był nim zaskoczony, szczególnie w kontekście oczekiwań, jakie prezentował prezes NBP i członkowie Rady.
Komunikacja jest w polityce pieniężnej kluczowa. Autorytet szefa banku centralnego powinien pozwolić mu wpływać na rzeczywistość w odniesieniu do rynków finansowych, oczekiwań społecznych czy przewidywań ekonomistów. Jeśli polityka pieniężna rozmija się z oczekiwaniami czy publicznie wyrażanymi opiniami, to autorytet pada. Dzisiaj trudno odnieść wrażenie, że RPP wie, co zrobi dalej. Przeciwnie, z niepewności i chęci zaskakiwania uczestników rynku uczyniono pewnego rodzaju cnotę, co wynika wprost z czwartkowej wypowiedzi prezesa Glapińskiego.
W ostatnich miesiącach sugerował on, że najpierw zarząd NBP skończy skup obligacji z rynku wtórnego, a dopiero później dojdzie do zaostrzenia polityki pieniężnej. Stopy procentowe poszły w górę, a skup formalnie będzie trwał, nawet jeśli aukcje nie będą się cieszyły powodzeniem. To znaczy, że rynki zostały wprowadzone w błąd.
Ostatnie głosy, jakie płynęły od władz monetarnych, wskazywały, że jeśli zostaną wykonane jakiekolwiek ruchy, to najwcześniej w listopadzie. Wtedy RPP pozna nową projekcję PKB i inflacji, a razem z nią będzie wiedziała, co nas czeka w najbliższych dwóch latach, i chcąc to zmienić, zacznie lub nie podnosić koszt pieniądza. To też już nieaktualne.
Jastrzębi członkowie RPP sugerowali, że trzeba działać stopniowo i wskazywali na ruchy w górę po 15 pb. I nagle znalazła się większość do podniesienia stóp o 40 pb.
Co dalej z polityką pieniężną? Skuteczność zarządzania oczekiwaniami najlepiej obrazują komentarze ekonomistów, którzy słuchając tej samej wypowiedzi prezesa NBP, czytając ten sam komunikat po posiedzeniu RPP i mając dostęp do tych samych danych, uważają, że stopy procentowe albo w listopadzie mogą pójść w górę o kolejne nawet 50 pb, albo że Rada kolejny ruch wykona dopiero w marcu przyszłego roku.
To nie mgła otacza politykę pieniężną, ale ciemności podobne do tych, które panują w jaskini. Komunikacja nie istnieje. Nie wiadomo nawet dzisiaj, jaki cel przyświeca RPP. Normalnie to powinna być inflacja na poziomie 2,5 proc. plus/minus 1 pkt proc. Tyle że wszystko wskazuje, że dzisiaj większość członków RPP, a już na pewno jej przewodniczący, rozumie cel jako pasmo od 1,5 do 3,5 proc. Tyle że nikt tego wyraźnie nie zakomunikował.
Koszt jest taki, że bank centralny, którego mandat to dbanie o stabilność pieniądza, przyczynia się do rozchwiania kursu złotego. Trudno nie odnieść też wrażenia, że Adam Glapiński bardziej martwi się dzisiaj o gospodarkę i wzrost, a nie o inflację. Szok, jakim była pandemia, szoki podażowe nie powodują, że prowadzenie polityki pieniężnej stało się łatwiejsze. Przeciwnie. Zła komunikacja powoduje jednak, że próby ograniczania oczekiwań inflacyjnych, przeciwdziałania spirali cenowo-płacowej czy wspierania gospodarki, kiedy można i trzeba, mogą spełznąć na niczym. Szczególnie jeśli społeczeństwo i uczestnicy rynku zwątpią w autorytet i wiarygodność banku centralnego.