Kierunek jest dobry: nie da się racjonalnie uzasadnić sytuacji, gdy ktoś zarabia pensję minimalną i płaci w podatkach i składkach więcej względem własnych dochodów od osoby z dwukrotnością średniej krajowej. A tak się czasem dzieje, gdy lepiej zarabiający jest na tyle zaradny, by założyć działalność gospodarczą, przejść na liniowy PIT i ryczałtem rozliczać NFZ i ZUS. Nie mówimy o przedsiębiorcy, który ponosi ryzyko biznesowe, ale samozatrudnionym, który zamiast umowy o pracę ma kontrakt z innym podmiotem, dającym mu biurko i sprzęt oraz zapewniającym stałe źródło przychodów.
Państwo jest bezradne wobec takich fikcyjnych działalności gospodarczych, więc autorzy PŁ wymyślili, by zabrać im nieco przywilejów. W ten sposób klin podatkowy staje się bardziej progresywny, czyli różnica w opodatkowaniu dochodów z minimalnej pensji i wysokodochodowych JDG ma być większa, z korzyścią dla tych pierwszych. Jednak droga, jaką wybrano, jest wyboista. Ktoś wpadł na pomysł, że dobrą ideę da się połączyć z realizacją doraźnych potrzeb, czyli zwiększeniem finansowania zdrowia. Rzecz w tym, że takie próby udają się rzadko i PŁ może nie być wyjątkiem.
Przyjmując, że zmiany w składce zdrowotnej są najważniejsze, rząd na samym starcie związał sobie ręce. Skoro wszyscy podatnicy stracą prawo do odpisu od podatku części składki, a jednoosobowe działalności gospodarcze nie będą już mogły płacić jej ryczałtem, to w miarę uniwersalną metodą zmniejszenia obciążeń, by uzyskać efekt bardziej progresywnego klina podatkowego, może być jedynie obniżka stawki podatkowej albo zwiększenie kwoty wolnej. Zwiększanie kosztów uzyskania przychodu, co miałoby więcej sensu z punktu widzenia aktywizacji zawodowej czy wyciągania z szarej strefy mniej zarabiających, odpada, bo do systemu dokładaliby emeryci. A to kłóciłoby się z polityką dopieszczania tej grupy wyborców za pomocą dodatkowych świadczeń.
Składka zdrowotna to w istocie podatek płacony proporcjonalnie od całego dochodu, także tego najniższego. Żeby powetować negatywny skutek likwidacji odliczenia jej części od podatku, co odczuliby też ci najmniej zarabiający, zwiększenie kwoty wolnej musiało być naprawdę duże. I tak doszło do przechyłu na drugą burtę, czyli dużego transferu do emerytów. To oni będą największymi beneficjentami, gdyż uzyskają niemal połowę korzyści, jakie mają przynieść zmiany. Co jest co najmniej interesujące, jeśli zestawić je z hasłem zachęcania do dłuższej pracy zawodowej osób, które zyskują uprawnienia emerytalne.
Podejście do emerytur to jedna z kilku nielogiczności, jakie znajdziemy w PŁ. Z jednej strony w praktyce znosi się podatek od świadczeń wypłacanych przez ZUS, a z drugiej zwalnia z podatku pensje osób, które mogłyby przejść na emeryturę, ale wolą jeszcze pracować. To duży dylemat: czy nie płacić podatków od pensji, czy już sobie odpuścić i nie płacić podatków od emerytury. Inna niespójność to stosunek do zawodów szczególnie pożądanych na rynku pracy, czyli specjalistów IT. Nie jest tajemnicą, że wielu działa w formule JDG. Tacy specjaliści dużo zarabiają, ale po wprowadzeniu zmian to do ich kieszeni fiskus sięgnie najgłębiej. A drugą ręką będzie ich wspierał, bo tak trzeba rozumieć pomysł na ulgę na zatrudnienie innowacyjnych pracowników.
Do tego premier Mateusz Morawiecki w rozmowie z „Dziennikiem Polskim” zapowiedział właśnie nowe specjalne traktowanie „starszych specjalistów IT”, którzy dostawaliby 50-proc. koszty uzyskania przychodu na podstawie… zaświadczeń. Rzucenie pomysłu czegoś w rodzaju reglamentowanej ulgi tydzień po prezentacji programu jest ciekawe samo w sobie, ale nie świadczy dobrze o samym programie. Zaczyna to wszystko przypominać niedopracowaną grę, do której autorzy w pośpiechu nanoszą poprawki. Dokładnie czymś takim jest ulga dla klasy średniej. Wyszło w symulacjach, że osoby z pewnego przedziału dochodów musiałyby dołożyć, a przecież nie powinny, więc wymyślono łatę na systemową dziurę w postaci dwóch matematycznych wzorów.
Kilka kolejnych łat jest jeszcze w przygotowaniu. Program został ogłoszony 15 maja, a 17 maja dowiedzieliśmy się z ust przedstawicieli Ministerstwa Finansów, że jeszcze nie wiedzą, jak będą naliczać składkę zdrowotną od przedsiębiorców, którzy mają straty. To dość istotne, bo przecież nie wszystkie JDG są owocem podatkowej optymalizacji. MF jeszcze nie wie, co z ryczałtowcami i podatnikami rozliczającymi się kartą podatkową, a to lekko licząc 800 tys. podmiotów. A w kolejce do ulżenia przedsiębiorcom stoją koalicjanci, którzy już ogłosili prace nad bliżej niesprecyzowanymi jeszcze rozwiązaniami. Czasu trochę zostało, konkretne projekty mamy zobaczyć pod koniec czerwca i jeśli obecne tempo zgłaszania pomysłów zostanie utrzymane, produkt końcowy może się znacznie różnić od wyjściowego. W międzyczasie kierunek (większa progresja w klinie podatkowym) może się gdzieś zagubić, a zostanie tylko połatana droga (jeszcze bardziej skomplikowany system podatkowy), po której trudno będzie podróżować bez wsparcia doradców podatkowych.