Jeżeli założyć, że w przypadku skrajnie niekorzystnej linii orzeczniczej Sądu Najwyższego dojdzie do realizacji takiego czarnego scenariusza, to pojawi się istotny problem społeczny, ekonomiczny, polityczny. Tłem są poważne turbulencje gospodarki w następstwie pandemii COVID-19.
Problem toksycznych kredytów walutowych mieli rozwiązać politycy. Nie chodziło przy tym o listek figowy, lecz o realne rozwiązanie. Wyszło jednak jak wyszło. Ciężar uporania się z problemem przerzucono na wymiar sprawiedliwości. Sądy orzekają jednak w sprawach konkretnych roszczeń pomiędzy konkretnymi stronami. Tymczasem problemem nie jest koszt przegrania przez bank jednego czy kilku procesów. Problemem jest zjawisko skali: niekorzystne rozstrzygnięcie prawne pomnożone przez potencjalną liczbę umów kredytów walutowych. Nie chodzi też o to, by banki w ogóle uniknęły finansowej odpowiedzialności za swój toksyczny produkt. Chodzi o to, aby przez ewentualny skrajny ostracyzm orzeczniczy nie doszło do wylania dziecka z kąpielą.
Jakkolwiek krytyczny mielibyśmy stosunek do banków czy ich zarządów (uzasadniony bądź urojony), to ich niewypłacalność w następstwie problemów z kredytami walutowymi miałaby katastrofalny wpływ na gospodarkę, a w efekcie na słuszny interes wszystkich obywateli
Sześć pytań I prezes Sądu Najwyższego pokazuje, jak daleko zabrnęły już sprawy kredytów walutowych. Wątpliwości prawne odnoszą się do zagadnień powstających po przesądzeniu o abuzywności klauzul z kredytów walutowych, jak i do zagadnień powstających w przypadku nieważności lub bezskuteczności umowy kredytowej.
Nie zajmuję się wykazaniem rzeczywistego wpływu niekorzystnego orzecznictwa w sprawie toksycznych kredytów walutowych na system bankowy i jego kondycję. To zadanie dla ekonomistów. Przedstawiam jedynie, wydaje się istotny, dylemat prawny. Czy jeżeli przyjąć założenie, że niekorzystne dla banków orzecznictwo Sądu Najwyższego będzie skutkowało niewypłacalnością banków i kryzysem sektora bankowego, to czy taka okoliczność stanowi jeden z wielu argumentów prawnych mający praktyczne znaczenie w jednostkowych sporach cywilnych pomiędzy kredytodawcami a bankami? Bronię tezy, że tak.
Umowa kredytu jest stosunkiem cywilnoprawnym, który jest swoistym mikrokosmosem. Oznacza to, że dla ważności i skuteczności tego stosunku cywilnoprawnego, a także roszczeń powstających na jego tle istotne znaczenie mają przede wszystkim okoliczności pomiędzy stronami tego stosunku prawnego. Dla bezprawia kontraktowego zasadniczo nie ma znaczenia otoczka makroekonomiczna. Nawet znana prawu cywilnemu klauzula rebus sic stantibus, odwołująca się do nadzwyczajnej zmiany stosunków (np. hiperinflacja, hiperdeflacja), odnosi się do skutków tych zjawisk w zakresie wewnętrznej relacji kontraktowej. Dalej wskazać należy, że umowa kredytu konsumenckiego – na bazie dorobku współczesnej cywilistyki – wymaga otoczenia szczególną opieką prawną ekonomicznie słabszej strony stosunku prawnego, a zatem kredytobiorcy. Niemniej jakiś czas temu prawo cywilne nie było tak opiekuńcze. Wreszcie przesłanki niedopuszczalności klauzul umownych (art. 3851 kodeksu cywilnego) odnoszą się do momentu zawarcia umowy, a nie do okoliczności zaistniałych w czasie wykonywania umowy albo nawet okoliczności zaistniałych po jej ustaniu z różnych przyczyn. Zatem po pierwsze, izolacjonizm kontraktu. Po drugie, silniejsza ochrona prawna strony ekonomicznie słabszej, czyli konsumenta. Po trzecie, ocena bezprawia kontraktowego dokonywana na moment jego zawarcia.
System prawny i jego aksjologia przypomina tankowiec na oceanie, który płynie z zasady stałym kursem. Niemniej nagła potrzeba pozwala albo wręcz wymusza korektę kursu. Zatem nie można na nowy poważny problem patrzeć zachowawczo, tylko przez pryzmat dotychczasowego dorobku legislatury, judykatury, jurysprudencji. Czasami pojawia się potrzeba nowego spojrzenia. Gdyby dogmatyka prawa cywilnego stała w miejscu, część ludzi nadal nie miałaby zdolności prawnej.
Zgodnie z przyjętym założeniem, że efekt ekonomiczny skumulowanych roszczeń kredytobiorców może być bardzo niebezpieczny, powstaje pytanie: czy ważniejszym dobrem jest wspólne dobro wszystkich obywateli wyrażające się w niedopuszczeniu do zapaści systemu bankowego, czy ważniejszym dobrem jest ekonomiczny interes wyizolowanej grupy konsumentów w imię – skądinąd uzasadnionego – dogmatu ochrony konsumentów.
Niestety, jakkolwiek krytyczny mielibyśmy stosunek do banków czy ich zarządów (uzasadniony bądź urojony), to niewypłacalność banków w następstwie problemów z kredytami walutowymi miałaby katastrofalny wpływ na gospodarkę, a w efekcie na słuszny interes wszystkich obywateli. Atawistyczna chęć ukarania złych banków może być zapałem Pawlaka tnącego sierpem koszule bez świadomości, że to jego własne ubrania. Komu bije dzwon? Myślisz, że bankom? Też, ale bije on również tobie.
Ponieważ usługi bankowe w XXI w. są niezbędne, to koszt kredytów frankowych poniosą wszyscy klienci banków w powiększonych opłatach. To byłaby jednak niewielka cena do pokrycia. Gorzej, gdyby bankom zabrakło środków na wypłatę depozytów. Gorzej, jeżeli nie byłoby komu kredytować działalności przedsiębiorców, bo kredyty obrotowe i inwestycyjne stałyby się trudno osiągalnym rarytasem. Jeżeli w następstwie niekorzystnych dla banków rozstrzygnięć sądowych miałoby rzeczywiście dojść do zapaści systemu bankowego w Polsce, to z uwagi na stan wyższej konieczności wobec kolizji różnych dóbr należałoby chronić także to dobro, które z istoty rzeczy jest bardziej doniosłe. Można postawić tezę, że obowiązkiem Sądu Najwyższego przy rozpoznawaniu sprawy cywilnej jest – pośród innych okoliczności – wzięcie pod rozwagę interesu wszystkich obywateli w kontekście stabilności państwa. Nie chodzi przy tym o wyeliminowanie ochrony konsumentów gwarantowanej konstytucją. Zresztą bitwa prawna o kwestię abuzywności kredytów walutowych wydaje się rozstrzygnięta. Obecny etap to ustalenie konsekwencji prawnych wadliwych klauzul. Chodzi zatem o zachowanie proporcjonalności podyktowanej potrzebą ochrony ważniejszego dobra. Dogmat ochrony wybranej grupy konsumentów, wobec bezprecedensowej skali zjawiska, powinien być korygowany przez zasadę ochrony słusznego interesu ogółu obywateli.
Prima facie można uznać, że prawo cywilne nie daje oprzyrządowania prawnego do tego, aby w jednostkowej sprawie cywilnej, po pierwsze, popatrzeć szerzej na problem ogólnospołeczny, jakim jest dla systemu bankowego skala kosztów toksycznych kredytów i ich wpływ na gospodarkę i społeczeństwo i, po drugie, aby powrócić z tymi spostrzeżeniami na grunt konkretnego stosunku prawnego. Jeżeli jednak zgodzić się na paradygmat ochrony istotniejszego dobra, to Sądowi Najwyższemu (w sprawie sygn. akt III CZP 11/21 i w innych sprawach) daje to podstawy do zastosowania doktryny zbliżonej do ogólnie znanego w prawie stanu wyższej konieczności. Oczywiście nie chodzi tu o orzekanie contra legem. Nie chodzi również o prawotwórcze orzecznictwo. W jaki sposób można zrealizować ten postulat w praktyce? Można stosować wykładnię celowościową przepisów prawa. Efekt prawidłowej wykładni prawa nie powinien pomijać znaczenia dobra o wyższej wartości. Wiele norm prawnych z zakresu prawa konsumenckiego to klauzule generalne typu: interes konsumenta, dobre obyczaje. Dają one sądom znaczny luz interpretacyjny. Można przy orzekaniu wyjść poza ciasny gorset relacji inter partes. Prawo cywilne kształtuje wzorcowy model postępowania uczestników obrotu cywilnoprawnego wyrażający się w unikaniu nadużywania prawa podmiotowego (art. 5 kodeksu cywilnego). Przyjęcie, że konsument ma określone roszczenie, nie oznacza jeszcze, że należy temu roszczeniu w konkretnych warunkach zadośćuczynić.
Konsumencki kredyt walutowy to był błąd systemu bankowego w Polsce (wcześniej był to nieudany eksperyment w innych państwach). Marketing bankowy nie podawał konsumentom rzetelnych informacji. Niemniej kredytobiorcy mieli przecież wybór: nisko oprocentowany kredyt w walucie obcej albo znacznie wyżej oprocentowany kredyt w złotych. Nie jest tak, że kredyt w walucie obcej wyparł wówczas z rynku kredyt złotowy. Ci, którzy wybrali wyżej oprocentowany, a zatem znacznie droższy kredyt w złotówkach, nie czynili tak bez powodu. Najwyraźniej bali się zmiany kursów walut w perspektywie długoterminowej. Złoty był i jest walutą średniej wielkości państwa o dopiero budującej się gospodarce. Kredytobiorcy kredytów walutowych nie powoływali się na wady oświadczenia woli, nie uchylali się od skutków oświadczeń woli złożonych pod wpływem błędu lub podstępu. Niemniej obecnie sprężyna odgięła się w drugą stronę. Powstała np. wątpliwość czy w przypadku nieważności lub bezskuteczności umowy kredytowej którejkolwiek ze stron przysługuje roszczenie o zwrot świadczenia spełnionego w wykonaniu takiej umowy, strona ta może również żądać wynagrodzenia z tytułu korzystania z jej środków pieniężnych przez drugą stronę. Czy konsument może zatem korzystać z kapitału za darmo?
Inna z wątpliwości dotyczy tego, czy możliwe jest przyjęcie, że miejsce niedozwolonego postanowienia umownego zajmuje inny sposób określenia kursu waluty obcej wynikający z przepisów prawa lub zwyczajów. W sprawie sygn. akt III CZP 11/21 Sąd Najwyższy ma rozstrzygnąć zagadnienie prawne, kiedy rozpoczyna się bieg przedawnienia roszczenia banku o zwrot kwot wypłaconych z tytułu kredytu. W przypadku skrajnie prokonsumenckiego rozstrzygnięcia paradoksalnie w niektórych sytuacjach kredytobiorcy kredytów walutowych mogliby mieć nawet korzystniejszą sytuację niż kredytobiorcy kredytów złotowych. Czy zatem bezpieczeństwo systemu bankowego, a przez to dobro ogółu obywateli, nie zasługuje na ochronę?
Autor nie ma kredytu we frankach ani w złotych. Nigdy nie reprezentował stron w sprawach frankowych