Fundusz, który wygrał z Polską spór arbitrażowy, zakłada, że dostanie należne pieniądze. Przelew jeszcze nie doszedł, chociaż termin wyznaczony przez inwestora minął.
Po tym jak szwedzki sąd apelacyjny oddalił skargi Polski na wcześniejsze wyroki Trybunału Arbitrażowego w Sztokholmie, fundusz Abris powinien dostać ok. 720 mln zł odszkodowania z odsetkami plus ok. 4 mln euro kosztów sądowych. Chodzi o sprawę wywłaszczenia PL Holdings (kontrolowanego przez Abris) z akcji FM Banku. Decyzją Komisji Nadzoru Finansowego stało się to w 2014 r. Po latach arbitrażu i decyzji szwedzkiego sądu, który potwierdził, że to inwestor miał rację, Abris ma prawo do odszkodowania. Wezwał do jego wypłaty Ministerstwo Finansów, a termin przelewu upłynął w piątek. Spytaliśmy fundusz, czy to oznacza, że rozpocznie egzekucję na aktywach należących do Polski.
„Jesteśmy przekonani, że należne odszkodowanie zostanie nam przekazane, a opóźnienie w jego wypłacie wynika wyłącznie z administracyjnych powodów, do czego podchodzimy z wyrozumiałością” – czytamy w odpowiedzi Abrisu.
Wcześniej partner zarządzający funduszem Paweł Gieryński w rozmowie z DGP zaproponował rządowi, że jeśli Polska zrezygnuje z odwołania do szwedzkiego Sądu Najwyższego i wypłaci odszkodowanie, to Abris zapomni o ok. 90 mln zł odsetek. Prokuratoria Generalna, która zajmuje się tą sprawą, rozwiewa jednak wątpliwości i zamierza walczyć z niekorzystną decyzją sądu apelacyjnego do końca. „Prokuratoria Generalna, za pośrednictwem szwedzkich pełnomocników RP z kancelarii prawnych Hannes Snellman oraz Wallin and Partners, złożyła skargę do Sądu Najwyższego w Szwecji w dniu 1 marca br. Uzasadnienie skargi ma być przedłożone sądowi do końca kwietnia” – informuje DGP prokuratoria.
Reklama
To oznacza, że także Abris złoży skargę i będzie się domagał dodatkowych odsetek, które decyzją sądu apelacyjnego zostały uznane za nienależne. Fundusz potwierdził nam, że zdecyduje się na taki krok.
Brak przelewu powoduje także, że narastają kolejne odsetki od zasądzonej kwoty odszkodowania w wysokości ok. 125 tys. zł dziennie. Jeśli więc Sąd Najwyższy uzna, że to inwestor ma rację, to z naszych szacunków wynika, że całkowita kwota, jaką będzie musiało wypłacić Ministerstwo Finansów, może sięgnąć nawet 900 mln zł. Prokuratoria Generalna nie ujawniła nam, jaką rekomendację odnośnie przelewu przygotowała dla rządu.

Reklama
Abris, który nie dostał do piątku pieniędzy, zgodnie z wezwaniem, które wystosował do MF, może rozpoczynać egzekucję należności. Z naszych ustaleń wynika, że fundusz badał już, jak taki proces mógłby wyglądać w Wielkiej Brytanii, Japonii oraz Stanach Zjednoczonych. Dlaczego akurat te kraje?
– Wydaje się, że Abris sprawdza możliwości wyegzekwowania odszkodowania w krajach, gdzie jest bardzo silne przywiązanie do praw inwestorów. Zanim jednak uda mu się zająć jakiekolwiek polskie aktywa, będzie musiał zwrócić się do tamtejszych sądów – mówi nam osoba z kręgów rządowych.
Teoretycznie fundusz może sięgać np. po pieniądze, które powinni dostać inwestorzy z odsetek bądź wykupu polskich obligacji skarbowych albo środki, jakie inwestor ma przelać na rachunki MF za zakup obligacji. Możliwe jest również zajmowanie majątku należącego do spółek Skarbu Państwa, chociaż to proces znacznie trudniejszy i ryzykowny.
Resort finansów nie odpowiedział nam na pytanie, czy przelew zostanie wykonany. W rządzie panuje bowiem przekonanie, że racja jest po polskiej stronie, a jego źródłem jest wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z 6 marca 2018 r. MF poinformował nas, że rząd uważa wyrok szwedzkiego sądu apelacyjnego za wadliwy, niezgodny z unijnym prawem i dodatkowo stanowiący próbę obejścia decyzji TSUE. Co ciekawe, Polska wcale nie odnosi się do tego, czy w arbitrażu rację miał wywłaszczony z akcji banku Abris, czy KNF, która taką decyzję podjęła.
Inwestor walczy o swoje prawa na mocy dwustronnej umowy o ochronie i popieraniu inwestycji zawartej między Polską, a Belgią i Luksemburgiem (umowa BIT). Komisja Europejska już jakiś czas temu uznała, że członkowie UE nie powinni używać w sporach BIT, a krajowych wymiarów sprawiedliwości. Jednak dopiero wyrok TSUE dotyczący sporu pomiędzy holenderską spółką Achmea a Słowacją postawił ważność umów o ochronie inwestycji pod dużym znakiem zapytania. Achmea międzynarodowy arbitraż wygrała, jej sprawa przeszła przez niemiecki Federalny Trybunał Sprawiedliwości i w końcu trafiła do unijnego trybunału. Ten ostatni zaś potwierdził, że umowy BIT pomiędzy członkami unijnej wspólnoty stoją w sprzeczności z traktatami. TSUE nadał swojemu wyrokowi przymiot rozszerzonej skuteczności, co oznacza, że „niezgodność BIT z prawem UE powinna być uwzględniania przez sądy państw członkowskich w ramach sprawowanej przez nie kontroli nad wyrokami arbitrażowymi za samoistną podstawę do uchylenia, odmowy uznania lub odmowy wykonania wyroków arbitrażowych”.
– Wyrok TSUE może utrudnić Abrisowi egzekucję majątku na terenie UE, a dla nas jest niewyobrażalne, aby szwedzki Sąd Najwyższy go zignorował i podjął w tej sprawie niekorzystną dla Polski decyzję – mówi nam osoba, która zajmuje się sprawą po polskiej stronie.