Brzmi to brutalnie, ale wygląda na to, że rynki uodporniły się na wydarzenia we wschodniej Ukrainie, skoro podejmowane dotychczas kroki polityczne (sankcje i kontrposunięcia Rosji) okazują się dla zachodnich gospodarek niezbyt istotne, a w każdym razie tak postrzegane są przez inwestorów.

Dlatego w poniedziałek rano dla rynków większe znaczenie może mieć historyczny rekord Dow Jonesa niż wyniki „referendum” w obwodzie donieckim. Tym bardziej, że w piątek po południu, gdy parkiety w Europie kończyły dzień, wyglądało raczej na to, że należy spodziewać się przedłużenia korekty na Wall Street. Jednak w drugiej części sesji inicjatywa należała do kupujących, odbijały też spółki technologiczne i dóbr konsumenckich, a więc tych sektorów, które wcześniej ucierpiały najmocniej. S&P zyskał wprawdzie tylko skromne 0,15 proc., ale przy pomyślnym układzie sił Wall Street ma szansę na kontynuację zwyżki i utrwalenie północnego kierunku ruchu i zarazem przekonania, że hossy nie jest w stanie powstrzymać ani Putin, ani Fed.

Dobre nastroje przeniosły się na rynki azjatyckie, gdzie Hang Seng i Shanghai Composite rosły o 2 proc. na krótko przed zakończeniem notowań. Część komentatorów siłę rynku przypisuje wypowiedziom prezydenta Xi Jinping, który stwierdził, że Chiny muszą przystosować się do nowej normalności, tj. obecnego tempa wzrostu gospodarczego. Inwestorzy uznali to za zapowiedź dalszych reform, przede wszystkim w obszarze finansów i shadow bankingu.

Europa powinna rano dyskontować pomyślne zakończenie sesji w USA i być może także dalsze zwyżki w Stanach. Warto jednak podkreślić, że Dow Jones właściwie ledwie naruszył wcześniejszy rekord (z grudnia) zatem może jeszcze zawrócić i umocnić znaczenie szczytów z ostatnich miesięcy jako istotnych poziomów oporu. Duże znaczenie będą miały publikowane w tym tygodniu (ale nie dziś) dane makro – m.in. o dynamice sprzedaży detalicznej w USA i produkcji przemysłowej.

Emil Szweda