Wczoraj giełdy w Europie zdecydowanie odbijały po wtorkowym osunięciu, ale choć jego skala może wydawać się obiecująca (ponad 1 proc. na rynkach zachodnich), to w rzeczywistości zdobywanie pierwszych punktów nie jest tak istotne jak przełamywanie oporów. Tymczasem żaden z indeksów nie dotarł nawet do dolnej krawędzi luki bessy, która pojawiła się na wykresach w ostatni piątek. I właśnie dlatego, że czasu jest mało, a weekend będzie długi i niepewny (Ukraina) inwestorzy mogą nie być skorzy do podejmowania poważniejszych akcji.

Być może zmienią zdanie pod wpływem Wall Street. Wczoraj S&P gładko wbił się przestrzeń niedawnej konsolidacji zyskując 1 proc. i od razu podchodząc pod jej górną krawędź (1870 pkt). Zdecydowane przełamanie tego poziomu mogłoby zachęci co bardziej rzutkich Europejczyków do podjęcia gry na zwyżki i rekordy S&P. Janet Yellen uspokajała wczoraj rynki, że decyzje o podwyżkach stóp procentowych zapadną długo po wygaszeniu QE3, co daje rzeczywiście odległą perspektywę. Ale każde działanie banku centralnego można odczytywać na dwa sposoby – czy Fed widzi przyszłość w czarnych barwach?

Indeks nastrojów konsumentów w Japonii spadł do najniższego poziomu od 2011 r., dlatego Nikkei nie mógł skorzystać z dobrego gruntu przygotowanego przez S&P i zakończył sesję na tym samym poziomie, co w środę. Kospi stracił 0,1 proc., a indeks w Szanghaju o 0,2 proc., po tym jak przedstawiciel rządu wykluczył wdrożenie kolejnego pakietu stymulacyjnego. Indeks w Hong Kongu zyskiwał 0,3 proc. na minuty przed końcem notowań.

Emil Szweda