Włochy walczą o stabilność, Francja o wzrost i budżet

Wczoraj lider centrolewicy Pier Luigi Bersani poinformował prezydenta Włoch, że nie udało mu się utworzyć nowego rządu. Dziś w proces ten zaangażuje się sam prezydent. Rundę rozmów rozpocznie od spotkania z Silvio Berlusconim, później przyjdzie kolej na komika Beppe Grillo, następnie spotka się z ulubieńcem rynków Mario Montim, a konsultacje zakończy na ponownym spotkaniu z liderem zwycięskiej partii. Jednakże trudno oczekiwać na podstawie ostatnich wypowiedzi poszczególnych liderów partyjnych by rozmowy przyniosły jakikolwiek rozwiązania. Dlatego też najbardziej prawdopodobnym scenariuszem dalszego rozwoju sytuacji we Włoszech są nowe wybory, które mogłyby się odbyć dopiero po wakacjach. Biorąc pod uwagę fakt rosnącej popularności w sondażach Beppe Grillo, scenariusz ten w perspektywie najbliższych miesięcy nie jest korzystny dla spokoju na rynkach, tym bardziej dla włoskiego długu.

Swoje problemy ma także drugi największy członek strefy euro - Francja. Fatalne dane z zeszłego tygodnia wskazują, że gospodarce tej grozi dużo silniejsze spowolnienie, niż rynki do tej pory oczekiwały. Rząd w Paryżu by uniknąć obniżki ratingu (co może być bardzo trudne), silnego wzrostu rentowności długu i by przeciwdziałać rosnącemu bezrobociu zapowiada nowe, odważne reformy. W telewizyjnym wywiadzie prezydent Francois Hollande ogłosił chęć znacznego obniżenia wydatków (m.in. emerytur i zasiłków socjalnych) oraz zrewidowania nałożonych w tym roku podatków dla najbogatszych. Zapewniał on również, że w przyszłym roku nie powinno dojść do żadnych kolejnych podwyżek podatków, a wydłużanie wieku emerytalnego będzie kontynuowane. Jak pokazuje historia wprowadzanie reform, zwłaszcza tych niepopularnych społecznie, we Francji jest bardzo ciężkie, wiąże się zwykle z silnym oporem związków zawodowych i licznymi strajkami. Dlatego też prezydentowi Hollande może być trudno, zwłaszcza że jego propozycje są dalekie od tego, co obiecywał w wyborach.

Dane w USA w dół, a indeksy jeszcze wyżej

Po rozczarowującym odczycie indeksu Conference Board i słabszych danych z rynku nieruchomości, wczoraj poznaliśmy kolejną serię gorszych danych z amerykańskiej gospodarki. Tygodniowe dane o wnioskach o zasiłek dla bezrobotnych okazały się wyższe od oczekiwań i od poziomów sprzed tygodnia. Na najniższym od 4 miesięcy poziomie znalazł się również indeks Chicago PMI, który spadł do poziomu 52,4 pkt. wobec rynkowych oczekiwań na poziomie 56,5 pkt. Mimo tego indeks S&P 500 wzrósł i ponownie osiągnął najwyższy poziom od 2007 roku. Trend słabszych od oczekiwań danych i wzrostów na giełdach w USA może być kontynuowany w przyszłym tygodniu, zwłaszcza jeśliby się okazało, że zatrudnienie w sektorze rolniczym rosło w marcu w okolicach 150-160 tys. Czyli nie na tyle szybko by FED musiał się wcześniej wycofywać z QE3 i nie na tyle wolno, by wzbudzić obawy o powrót spowolnienia w USA.

Paweł Kordala

Daniel Kostecki