Jak wygląda Wall Street cztery i pół roku po wybuchu wielkiej bomby? Faceci o mentalności Gordona Gekko nadal trzymają się mocno, czy może wymiótł ich krach z jesieni 2008?

Szczerze mówiąc, znam tylko jednego bankiera, który nosił szelki. Nadal pracuje.

I też powtarza, że „chciwość jest dobra”?

Pewnie tak, bo po 2008 r. nie nastąpiła jakaś zasadnicza wymiany kadr na szczytach czy na średnim szczeblu amerykańskiej machiny finansowej. Może teraz jest trochę mniej charyzmatyków snujących wielkie dalekosiężne wizje. Przed kryzysem na charyzmatyka pozował każdy. Teraz w modzie jest raczej pielęgnowanie wizerunku bankiera liczykrupy. Czyli twardo stąpającego po ziemi księgowego skoncentrowanego na liczbach. Skłamałbym jednak, twierdząc, że duch Gordona Gekko przestał unosić się nad Wall Street. Oczywiście postać chciwego tradera z filmu Oliviera Stone’a zawsze była mocno przerysowana. Tak naprawdę poziom cynizmu jest wśród tych gości dużo mniejszy. To nie są żadni diaboliczni nadludzie. Oni są w pewnym sensie tacy jak reszta populacji. Z tą tylko różnicą, że obracają sumami wyposażonymi w więcej zer. Nie zmienia to jednak faktu, że wciąż chcą zgarniać wysokie nagrody i wciąż najlepszym sposobem do ich motywowania są pieniądze. Ale to mnie akurat specjalnie nie dziwi. Jeśli ktoś jest nauczycielem, idzie do pracy, żeby uczyć. Kiedy jesteś lekarzem, to leczysz. A jeżeli idziesz do pracy na Wall Street, to twoim zadaniem jest zarabianie pieniędzy. Dla banku i dla siebie. O to chodzi w tym biznesie.

Po krachu z 2008 r. wiele mówiło się i pisało o pysze, która zgubiła największych mocarzy amerykańskiej finansjery. Widział ją pan u tych wszystkich potężnych prezesów, którzy byli pańskimi rozmówcami przy okazji pisania książki „Zbyt wielcy, by upaść”?

Rozbuchane ego nadal jest motorem napędowym ludzi trzęsących Wall Street. Kluczową władzę na Wall Street trzyma grupka 30–40 gości. Oni doskonale się znają. Są między nimi różne zależności, sympatie, antypatie i niesnaski. W tym świecie pokora nie należy do najczęściej spotykanych cech. Kryzys zniszczył reputację wielu finansistów. Ale w tych, którzy pozostali, zaszczepił również wiarę, że są nie do zdarcia. W wielu ich wypowiedziach pojawiał się termin „ocaleniec”. Oni uważają siebie za ludzi, którzy, mówiąc obrazowo, pokonali ciężką chorobę nowotworową. Widzą w sobie niezłych twardzieli.

O kim pan konkretnie mówi?

Na przykład o Jamesie „Jamiem” Dimonie, który od 2004 r. stoi na czele J.P. Morgan. W książce wspominam, że gdy negocjowanie bailoutu było w decydującym momencie, Dimon wysłał sekretarzowi skarbu Hankowi Paulsonowi list z cytatem z przemówienia Theodore’a Roosevelta z 1910 r. List był bardzo podniosły. Głosił na przykład, że „to nie krytyk się liczy ani ten, kto wytyka silnemu potknięcia, lub wskazuje, co mógł zrobić lepiej. Wszystkie zasługi należą do człowieka, który faktycznie stoi na arenie, którego twarz umazana jest potem, pyłem i krwią. Bo nie ma działania, któremu nie towarzyszyłyby błędy lub niedociągnięcia”.

Jednocześnie ten sam Dimon wziął dla swojego banku 25 mld dol. publicznych pieniędzy i nawet wtedy był najlepiej zarabiającym amerykańskim bankierem.

Tak, zrobił to, choć prawdopodobnie akurat jego bank poradziłby sobie bez tego zastrzyku środków. Jednocześnie Dimon faktycznie odegrał kluczową rolę w organizacji całego programu ratowania banków jesienią 2008 r. Działał jako sprawny pośrednik pomiędzy przerażoną i odchodzącą administracją Busha, walczącymi o Biały Dom Barackiem Obamą i Johnem McCainem, amerykańskim bankiem centralnym a Wall Street. Nikt tak skutecznie jak on nie uświadamiał swoim kolegom finansistom, jak poważna jest sytuacja. „Właśnie zderzyliśmy się z górą lodową. I nie ma wystarczająco wielu łodzi ratunkowych. Ktoś będzie musiał umrzeć” – powiedział kiedyś przerażonym dyrektorom J.P. Morgan. To on jako pierwszy mówił głośno o tym, że upaść może większość najpotężniejszych amerykańskich instytucji finansowych. Trudno powiedzieć, czy bez niego akcja ratowania Wall Street zostałaby przeprowadzona równie szybko i sprawnie. Inna kluczowa postać tamtych dni do dziś rozdająca karty w amerykańskim sektorze finansowym to Lloyd Blankfein, szef Goldmana Sachsa.

On wziął od podatników 10 mld dolarów.

I z jednej strony opinia publiczna porównywała Goldmana do wielkiej krwiopijczej kałamarnicy nieustannie tropiącej i pożerającej wszystko, co pachnie pieniędzmi. Jednocześnie już w czerwcu 2009 r. bank Blankfeina spłacił rządową pożyczkę. W pierwszym półroczu zanotował wręcz ponad 5 mld dol. zysku. Oczywiście było mu o tyle łatwiej, że posiadał gwarancję, iż rząd i podatnicy zapewnią firmie przetrwanie. I faktycznie ówczesny wskaźnik VaR (pokazujący przewidywaną wartość straty i służący do szacowania orientacyjnego poziomu ryzyka – red.) był na poziomie rekordowym. Blankfein grał więc z dużym tupetem, ryzykując pieniądze podatników. Ale jednocześnie należą mu się słowa uznania za to, że przeprowadził swoją firmę przez niewiarygodną burzę, która dla innych instytucji zakończyła się zatonięciem okrętu. Podobnie z firmą ubezpieczeniową AIG. Gdy jesienią 2008 r. stanęła na krawędzi bankructwa, rząd USA musiał ratować ją zastrzykiem w wysokości 180 mld dol. Gdyby mnie ktoś wtedy zapewniał, że ta firma kiedykolwiek stanie na nogi, nigdy bym nie uwierzył. A jednak. Niedawno AIG poinformowało o spłaceniu całego rządowego bailoutu.

Być może AIG albo Goldman Sachs oczyściły sobie księgi za pomocą transfuzji publicznych pieniędzy. Ale krach 2008 r. uruchomił reakcję łańcuchową w całej globalnej gospodarce. Do dziś większość krajów Zachodu nie może się otrząsnąć z recesji. Sama Ameryka walczy z rekordowym w historii wzrostem długu publicznego. Czy ci wszyscy prezesi poczuwają się choć trochę do winy za to, co się wydarzyło? Zdają sobie sprawę, że zaraza wyszła właśnie z ich strony?

I tak, i nie.

Co to znaczy?

Jeśli rozmawia się z nimi na poziomie ogólnym, to mówią bez wahania: tak, tworzyliśmy system, który był mocno niedoskonały. Ale zaraz dodają, żeby popatrzeć, co robili inni. Narzekają na nieodpowiedzialną politykę mieszkaniową prowadzoną przez kolejne amerykańskie administracje, psioczą na złą politykę monetarną Fedu, obwiniają złe i nieskuteczne regulacje lub ich brak. Przypominają, że to niesprawiedliwe, by oceniać ich tylko w odniesieniu do krachu z jesieni 2008 r. Bo każdy z nich ma wrażenie, że wcześniej bardzo się przysłużył rozwojowi tego kraju i jego gospodarki. Wcześniej – przed kryzysem – Wall Street generowała przecież fantastyczne zyski. Te zyski trafiały nie tylko do prywatnych kieszeni, ale nakręcały amerykańską gospodarkę. Każdy z tych finansistów ma swoją własną historię, swoje racje i swoją perspektywę.